Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pielęgnacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pielęgnacja. Pokaż wszystkie posty

piątek, 4 marca 2016

Ulubieńcy lutego 2016.



Witajcie!




   Minęło jakieś dobre 30 minut odkąd siedzę tu, przy swoim biurku, naprzeciw okna i szukam słów, żeby zacząć wstęp. Mam wrażenie, że ta przygnębiająca szarość, jak dementor, za chwilę wyssie ze mnie resztki energii. Chciałam, jak zwykle, zacząć od tego, że kolejny miesiąc za nami, że nie wiem kiedy to minęło i najchętniej zatrzymałabym czas. Jednak tym razem złapałam się na tym, że wcale nie. Nie chcę zatrzymywać czasu, wręcz przeciwnie, chętnie bym go odrobinkę pogoniła, bo się wlecze. Tak od razu do maja, albo chociaż do kwietnia. I żeby słońca było więcej. Tymczasem zapraszam Was na ulubieńców lutego. 

wtorek, 16 lutego 2016

5 kosmetycznych postanowień na 2016 rok.



Witajcie!






   W mojej pielęgnacji odkąd tylko pamiętam istniały takie jej obszary, których wykonywanie nie należało do moich najprzyjemniejszych czynności i zawsze, ale to zawsze były spychane na dalszy plan aż w końcu totalnie zaniedbywane. W tym roku postanowiłam w końcu coś z tym zrobić, jednak nie łudzę się, że w jednej chwili diametralnie zdołam zmienić moje nawyki  – jeżeli uda mi się choć odrobinę coś poprawić i wytrwać w tej poprawie dłużej niż tydzień będę bardzo szczęśliwa. Zapraszam Was dziś na 5 moich kosmetycznych postanowień na 2016 rok, koniecznie dajcie mi znać jakie są Wasze :). 

środa, 6 stycznia 2016

Ulubieńcy 2015 roku - pielęgnacja.



Witajcie!






   Jak co roku, styczeń jest dla mnie (i pewnie dla wielu z Was) momentem podsumowań – robimy bilans zysków i strat, wracamy do list z postanowieniami, sprawdzając ile udało nam się ‘odhaczyć’ i przypominamy sobie najlepsze momenty ostatnich 12 miesięcy. W moim przypadku miniony rok pozostawił po sobie kilka zmian oraz mnóstwo cudownych wspomnień. Przyniósł ze sobą również sporą ilość kosmetycznych odkryć, której częścią pielęgnacyjną zamierzam się dziś z Wami podzielić. Część kosmetyków, które uwielbiałam w 2015 roku pojawiła się już w ulubieńcach sprzed roku, jednak są tak dobre i według mnie tak wyjątkowe, że zdecydowanie zapracowały na swoją obecność w tym zestawieniu. 

sobota, 7 listopada 2015

Resibo - krem pod oczy + tonik/mgiełka nawilżająca - recenzja.




Witajcie!


   Resibo jest jedną z polskich marek kosmetycznych, które w ostatnim czasie szturmem podbijają świat. Stworzona z pasją, ogromem miłości i troski, w zgodzie z własnymi poglądami i z ogromnym szacunkiem do otaczającego nas świata, marka oferuje produkty wszechstronne, biodegradowalne, wegańskie oraz w minimum 96% naturalne, których głównym celem jest jak najefektywniejsze wykorzystanie surowców naturalnych i nowoczesnej technologii dla bezpiecznej pielęgnacji naszej skóry. Jednym z głównych założeń Resibo jest osiągnięcie równowagi na wielu płaszczyznach: łączeniu tradycji z nowoczesnością, szybkiego i stresującego tempa życia ze zdrowiem i bliskością z naturą a także najwyższą jakością oferowanych produktów z możliwie jak najbardziej przystępną ceną. Ich niemal dwuletnie badania i nieustanne poszukiwania nowych składników, takich jak np. nawilżający i wzmacniający skórę ekstrakt z korzenia polskiego rabarbaru, doprowadziły do powstania sześciu kosmetyków, tworzących całościowy asortyment marki. Filozofia Resibo jest bardzo bliska memu sercu, uwielbiam produkty, które powstają z miłością, pasją i zaangażowaniem i uważam, że każda taka inicjatywa zasługuje na uwagę. Moja przygoda z Resibo zaczęła się od dwóch produktów: toniku nawilżającego oraz kremu pod oczy.






wtorek, 11 sierpnia 2015

Mały cudotwórca - Caudalie, Overnight Detox Oil.

Witajcie!


   Olejek Caudalie mam w swoich kosmetycznych szeregach już od 2014 roku jednak na blogu do tej pory pojawił się jedynie w zeszłorocznych ulubieńcach i być może nie zagościłby tu już nigdy więcej, gdyby nie mało fortunne w skutkach spotkanie z innym olejkiem. Zachęcona niekończącym się hypem wokół produktów Kiehl’s zamówiłam ostatnio próbki między innymi olejku na noc – Midnight Recovery Concentrate. To właśnie on, fundując mi wysyp po raptem 4 użyciach, przypomniał mi i pomógł docenić jak wielki skarb posiadam pod samym nosem. 








   Olejek Overnight Detox Oil jest częścią linii Polyphenol C15 francuskiej marki Caudalie, której kosmetyki oparte są właśnie na polifenolach pozyskanych z pestek winogron. Jego główne zadanie to odnowa przemęczonej skóry, przywrócenie jej witalności i oczyszczenie jej z toksyn, olejek ma ją również wygładzić i sprawić, że rano będzie odświeżona i zregenerowana. W jego skład wchodzi 9 olejków, w tym olej z pestek winogron (główne źródło antyoksydantów), olej ze słodkich migdałów, dzikiej róży (regeneracja), liści i kwiatów gorzkiej pomarańczy (oczyszczanie), marchwi (działanie detoksyfikujące), olejek sandałowy, słonecznikowy oraz lawendowy (łagodzenie), do tego znajdziemy tu również ekstrakt z rozmarynu

INCI: CAPRYL IC/CAPRIC TRIGLY CERIDE, VITIS VINIFERA (GRAPE) SEED OIL, PRUNUS AMYGDALUS DULCIS (SWEET ALMOND) OIL*, ROSA CANINA FRUIT OIL*, CITRUS AURANTIUM AMARA (BITTER ORANGE) LEAF/TWIG OIL*, DAUCUS CAROTA SATIVA (CARROT) SEED OIL, SANTALUM ALBUM (SANDALWOOD) OIL, HELIANTHUS ANNUUS (SUNFLOWER) SEED OIL, CITRUS AURANTIUM AMARA (BITTER ORANGE) FLOWER OIL*, LAVANDULA ANGUSTIFOLIA (LAVENDER) OIL*, ROSMARINUS OFFICINALIS (ROSEMARY) LEAF EXTRACT, LINALOOL, GERANIOL, LIMONENE, FARNESOL.   *pochodzenie organiczne




   Produkt znajduje się w ciemnozielonym, szklanym opakowaniu, które z jednej strony jest na tyle jasne, że pozwala kontrolować ilość znajdującego się w nim olejku, z drugiej natomiast na tyle ciemne aby uchronić go przed zgubnym działaniem promieni słonecznych. Aplikacja za pomocą małej, sprytnej pipetki ułatwia precyzyjne dozowanie, natomiast zamknięcie jest na tyle szczelne, że nie musimy obawiać się o jakikolwiek przeciek. Pojemność wynosi standardowo 30 ml a cena waha się od ok 80 do 200 zł (najbardziej opłaca się zakup na allegro).


   Jeżeli chodzi o samą aplikację, jak nazwa wskazuje, jest to olejek przeznaczony do stosowania na noc. Producent zaleca dawkowanie od 3 do 6 kropli, które w zupełności wystarczą na pokrycie całej twarzy, z pominięciem okolic pod oczami. Olejek najpierw należy rozgrzać w dłoniach, następnie wmasować w twarz przed użyciem kremu lub zamiast niego










   Efekty widziałam już po pierwszym użyciu – po przebudzeniu skóra była miękka, gładsza, bardziej promienna, wyglądała jak po ogromnym zastrzyku energii. Do tej pory nie miałam styczności z produktem, który po jednej aplikacji dałby tak widoczne rezultaty jak ten mały cudotwórca. Żadne serum, żaden krem nie zdziałał takiej magii. Wspaniale oczyszcza skórę, łagodzi wszelkie podrażnienia, pomaga w pozbyciu się wyprysków – to właśnie nim aktualnie leczę skórę po nieudanym związku z olejkiem Kiehl’s. Często stosuję go jako kurację, kiedy widzę, że moja skóra jest zmęczona, podrażniona lub kiedy pojawiają się niespodzianki – wystarcza kilka aplikacji i wszystko wraca do normy - 200% normy. Jego sucha formuła sprawia, że olejek świetnie się wchłania i nie zostawia lepkiej, tłustej warstwy. Do tego jest niesamowicie wydajny – od zeszłego roku ubyło mi go mniej niż 1/5 opakowania. Nie zapycha i nie powoduje wyprysków, wręcz przeciwnie – pomaga się ich pozbyć, więc jeżeli macie cerę problematyczną, tłustą, mieszaną (taką właśnie sama posiadam) lub po prostu boicie się, że olejek się u Was nie sprawdzi – ten udowodni Wam, że jesteście w błędzie. Spełnił obietnice producenta w 100%. Kocham go niezmiernie i zdecydowanie nie zamienię na żaden inny <3.


Jakie macie doświadczenia z olejkami? Znalazłyście już swój numer jeden? :)
Kasia.


poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Foreo Luna do skóry wrażliwej/normalnej - recenzja.

Witajcie!




   Luna to szczoteczka soniczna do pielęgnacji twarzy szwedzkiej firmy FOREO, która ma za zadanie usuwać z naszych porów pozostałości brudu, tłuszczu i makijażu, usuwać martwy naskórek oraz sprawiać, że nasza skóra będzie bardziej promienna i jędrna a zmarszczki ulegną redukcji. Ma również pomagać kosmetykom pielęgnacyjnym wniknąć głębiej a zatem po części ma intensyfikować ich działanie.  











   Zgodnie z zasadami skandynawskiego designu – jest prosto i funkcjonalnie. Całość wykonana jest z antybakteryjnego i hypoalergicznego silikonu (kolor zależy od wybranej wersji) oraz przezroczystego plastikowego paska na samym dole urządzenia, który pełni funkcję sygnalizatora – w zależności od tego, czy urządzenie znajduje się w stanie stand-by, czy akurat powinniśmy zmienić obszar pielęgnacji – świeci światłem stałym lub miga na kolor fioletowy. W przedniej górnej części urządzenia znajduje się część myjąca, składająca się z mniejszych i większych silikonowych wypustek, w tylnej natomiast część anti-aging, na którą składa się 7 wystających silikonowych półokręgów, służąca do masażu twarzy. 


   W dolnej przedniej części urządzenia znajduje się przycisk on/off oraz + i – służące do regulacji prędkości drgań, z tyłu natomiast odnajdziemy wejście ładowarki.


   Luna jest w 100% wodoodporna, możemy korzystać z niej zarówno pod prysznicem, jak i podczas kąpieli w wannie, bez obawy o zalanie urządzenia. Posiada 8 prędkości, najwyższą o częstotliwości 8000 pulsacji  na minutę


















   Szczoteczka jest niesamowicie ekologiczna i przyjazna w podróży – nie wymaga częstego ładowania – wystarczy jej zaledwie godzina raz na…300 zastosowań! Jeżeli używamy jej dwa razy dziennie, jak w moim przypadku, spokojnie wystarczy nam na 5 miesięcy. Dodatkowo nie musimy zastanawiać się, czy przypadkiem nie zapomnieliśmy jej wyłączyć – Luna po 3 minutach robi to sama. Fakt, że praktycznie cała wykonana jest z antybakteryjnego silikonu sprawia, że nie musimy martwić się o dodatkowe koszty w postaci zakupu nowych głowic myjących – oszczędność i higiena w jednym.


   Na każdy z poszczególnych etapów pielęgnacji przeznaczone jest 60 sekund – oczyszczanie: 30 na oba policzki, 15 na czoło, 8 na nos, oraz po zmniejszeniu prędkości 8 sekund na okolice pod oczami (ja jednak ten ostatni obszar pomijam i poświęcam więcej czasu reszcie twarzy), masaż: przykładamy Lunę na 12 sekund w obszar: pomiędzy brwiami, w miejscach, gdzie przy oczach tworzą się nam ‘kurze łapki’ oraz w załamaniach skóry między nosem a kącikami ust. Nie musimy pilnować czasu – Luna wibracją oraz krótkim podświetleniem dolnego paska da nam znać, kiedy przejść dalej. Po każdym użyciu należy opłukać ją samą wodą, lub wodą z mydłem. 










   Długo zastanawiałam się pomiędzy Foreo a szczoteczką Clarisonic, jednak na korzyść Luny przemówiła cena (499 zł w ofercie miesiąca w Douglasie vs 649 zł), jej delikatność (bałam się, że Clarisonic podrażni mi skórę) oraz fakt, że nie musimy wymieniać żadnych szczoteczek, więc w grę nie wchodzą żadne dodatkowe koszty.

   Jak Luna sprawdziła się w praktyce? Z początku nie byłam oszołomiona jej działaniem, jednak po godzinach spędzonych na czytaniu bardzo skrajnych recenzji w internecie byłam na to przygotowana. Wiedziałam, że muszę dać jej więcej czasu, żeby zobaczyć jej prawdziwy potencjał.

   Od razu muszę Wam napisać, że jeżeli oczekujecie, że szczoteczka soniczna pozbędzie się wszystkich Waszych zaskórników czy trądziku – NIE, nie pozbędzie się, bo nie takie jest jej zadanie. Jest to tylko dodatek do pielęgnacji, gadżet, który może poprawić stan Waszej skóry, ale nie rozwiąże on problemów dermatologicznych. Domyślam się, że wiele negatywnych opinii w sieci wynika właśnie z wygórowanych oczekiwań, podyktowanych między innymi ceną tego typu produktów.


   Efekty, jakie udało mi się zauważyć po niecałych 5 miesiącach użytkowania to cudowna gładkość i miękkość skóry. Jest zdecydowanie o wiele lepiej oczyszczona, promienna, pełna blasku. Pomimo tego, że używam jej dwa razy dziennie nie zauważyłam, żeby w jakimkolwiek stopniu podrażniła moją bardzo wrażliwą skórę. Niesamowicie pomogła mi w pozbywaniu się nadmiernie gromadzącego się martwego naskórka, dzięki czemu rzeczywiście zaskórników jest mniej, te na nosie stały się mniej widoczne, pory są zwężone i mam wrażenie, że wpłynęła pozytywnie na wydzielanie sebum. Jeżeli chodzi o efekty przeciwstarzeniowe niestety nie mogę się wypowiedzieć, ponieważ na razie nie mam jeszcze z czym walczyć, jednak systematyczny masaż może mieć jedynie pozytywny wpływ na stan skóry :). Zapewne tak, jak w przypadku zaskórników i trądziku, nie pozbędzie się głębokich zmarszczek, ale może zapobiec i opóźnić powstawanie nowych :).






   Jeżeli chodzi o mniej pozytywne cechy tego urządzenia – na pewno jest to cena – Luna to koszt 719 zł, Luna Mini – 499 zł. Nie ukrywajmy, jest to dużo pieniędzy, dlatego jeżeli decydujecie się na zakup warto poczekać na promocję.

   Luna nie jest kompatybilna ze wszystkimi produktami do twarzy – przy jej stosowaniu nie należy używać produktów z glinką, krzemem i wszelkiego rodzaju peelingów ziarnistych oraz produktów złuszczających z kwasami, które mogłyby uszkodzić delikatną silikonową powierzchnię. Nie można jej również czyścić alkoholem ani wyparzać wrzątkiem.

   Jeżeli tak jak ja zdarza Wam się zmywać makijaż myjąc dwukrotnie twarz żelem (a nie płynem micelarnym) możecie napotkać na problem z resztkami tuszu do rzęs, który utknął pomiędzy wypustkami i nie daje się stamtąd wypłukać. To samo tyczy się rzęs lub włosków, które wypadną Wam z brwii. (Problem widoczny na zdjęciu). 








   Kolejną problematyczną kwestią jest podatność silikonu na przebarwienia, jeżeli jest on jasny warto szczoteczkę trzymać z dala od kosmetyków o intensywnym kolorze i po każdym użyciu wytrzeć do sucha chusteczką, inaczej każdy ślad po wodzie będzie widoczny w postaci mało estetycznych zacieków.  



   Ze swoją Luną nie rozstaję się od 5 miesięcy i nic nie zapowiada, żeby to się miało zmienić. Za to, jakie cuda wyprawia z moją skórą pokochałam ją dozgonną miłością. Polecam ją z całego serca, w szczególności osobom z cerą problematyczną i bardzo wrażliwą, te małe cudeńko nie wyrządzi Waszej skórze żadnej krzywdy, wręcz przeciwnie, zostawi ją w takiej kondycji, w jakiej jeszcze nie była :).


Jakie są Wasze doświadczenia z gadżetami do mycia twarzy? 
Kasia.

piątek, 31 lipca 2015

Urodowe DIY - maseczka z płatków owsianych.

Witajcie!



   Obecnie na rynku kosmetycznym jest tak wiele produktów do pielęgnacji, że nadążenie za nowinkami i znalezienie czegoś odpowiedniego do naszych potrzeb bywa nie lada wyzwaniem. W całym tym ogromie kosmetyków i wish list sięgających do Księżyca i z powrotem często zapominamy jak wiele dobrodziejstw kryje się w naszych kuchniach. Moja skóra przeszła jakiś czas temu dość ciężki okres, była podrażniona i wyraźnie zmęczona, stres zrobił swoje. Pomyślałam sobie – ‘O nie, przecież nie mam żadnej maseczki łagodzącej…’. KONIEC ŚWIATA. Coś mnie jednak tknęło i zamiast do komputera pomaszerowałam na poszukiwania do lodówki. 

   Przypomniałam sobie o najprostszej (i prawdopodobnie najlepszej) domowej maseczce starej jak świat – maseczce z płatków owsianych. 









   Jej wykonanie i skład są naprawdę dziecinnie proste, ogromną zaletą jest też fakt, że prawdopodobnie w swojej kuchni macie już wszystko, czego Wam potrzeba:

- 2 łyżki stołowe płatków owsianych
- 4 łyżeczki mleka
- 1 łyżeczka płynnego miodu
- 2-3 krople olejku lawendowego



   Wszystkie składniki wystarczy zmieszać ze sobą w niewielkim naczyniu, odczekać kilka minut aż delikatnie zgęstnieje i voila, gotowe! Proporcje można śmiało modyfikować w zależności od tego, czy wolicie bardziej gęstą czy płynną wersję, zamiast mleka możecie użyć jogurtu naturalnego, kefiru, czy maślanki lub po prostu wody, jeżeli nie lubicie zapachu lawendy możecie z niej po prostu zrezygnować. Ja dodatkowo wolę lekko zmielić płatki, żeby ‘papka’ była bardziej jednorodna i nic nie odpadało mi z twarzy.  Wystarczy zostawić ją na twarzy (i dekolcie) na 10-15 minut.










Mleko jest źródłem wapnia i protein, które biorą udział w produkcji kolagenu i elastyny, przeciwutleniaczy i flawonoidów, nienasyconych kwasów tłuszczowych oraz kwasu mlekowego, który zwęża pory i delikatnie złuszcza naskórek

Płatki owsiane mają działanie oczyszczające, świetnie łagodzą wszelkie podrażnienia, zawierają dużą dawkę przeciwutleniaczy, zmiękczają i nawilżają skórę i przyspieszają jej regenerację

Miód ma właściwości antybakteryjne i przeciwzapalne, wspaniale nawilża, łagodzi i regeneruje skórę, zawartość glikogenu sprawia, że ma on działanie ujędrniające, za to kwasy owocowe delikatnie złuszczają.

Olejek lawendowy ma działanie przeciwbakteryjne i antybiotyczne, więc jest idealny do walki z niedoskonałościami, pomaga innym substancjom wniknąć w głąb skóry, łagodzi ją i przyspiesza jej regenerację, wygładza i zapobiega powstawaniu zmarszczek. 








Efekt jest naprawdę powalający, moja twarz po użyciu tej maseczki była niesamowicie miękka, nawilżona, ukojona, pory lekko się zwęziły, koloryt się ujednolicił, podrażnienia zostały złagodzone. Cera wyglądała świeżo i promiennie.


Cudownie sprawdzi się zarówno w przypadku cery suchej i wrażliwej jak i mieszanej, czy tłustej. 

Dajcie znać czy lubicie domowe metody czy jednak wolicie gotowe produkty :).
Kasia.

poniedziałek, 6 lipca 2015

Denko #2 / kwiecień-maj-czerwiec.

Witajcie!


   Minęły już trzy miesiące od ostatniego denka, z koszyka powoli wysypują się puste opakowania więc czas najwyższy na zużycia kwietnia, maja i czerwca oraz mini recenzje. Zapraszam :).







___________________________________________







- Natura Siberica, krem na dzień i na noc do cery mieszanej – stale, niezmiennie, niezastąpione w mojej pielęgnacji.
- La Roche Posay, Serozinc – woda termalna z cynkiem, łagodzi podrażnienia i zaczerwienienia, pomaga mi w walce z naczynkami. W kolejce kolejne 5 opakowań zapasu :).
- Estee Lauder, Advanced Night Repair Serum – wyciskanie ostatnich możliwych kropelek tego produktu napawało mnie ogromnym smutkiem, bardzo lubię to serum jednak w najbliższym czasie, głównie ze względu na jego cenę, nie będzie mi dane dalej się nim smarować.
- The Body Shop, mgiełka do twarzy z wit. C – całkiem przyjemny produkt o cytrusowym zapachu, fajerwerków jednak nie było i nie zamierzam odkupić w bliskiej przyszłości.
- Clinique, All about eyes rich, to moje czwarte wykończone opakowanie, 5 jest w użyciu, bardzo lubię :).






- Pharmaceris, żel i pianka do mycia twarzy do cery naczynkowej – cudowne produkty, niesamowicie delikatne dla skóry, dobrze zmywają makijaż, nie wysuszają, nie powodują ściągania skóry. Jedyny minus to niestety fatalna wydajność, mimo to warto.
- Garnier, płyn micelarny 3 w 1, od momentu pojawienia się na rynku jest moim numerem jeden.





- Palmolive, Oriental Beauty – całkiem przyzwoity żel, od czasu do czasu wracam do niego głównie ze względu na ciekawy zapach.
- Avon, Senses – bardzo przyjemny zapach wanilii, nie wysuszał, nie podrażniał, dodatkowo był w promocji, po prostu przyzwoity.
- Rituals, Zensation – cudowna pianka do mycia o zapachu mleka ryżowego i kwiatu wiśni. Uwielbiam pianki Rituals, przy ostatniej wizycie w Holandii zaopatrzyłam się w kilka nowych zapachów.
- Dove, Purely Pampering – żele z Dove to już klasyk, uwielbiam je szczególnie kiedy jest chłodniej, treściwa konsystencja, piękny zapach, zostawiają moją skórę miękką i nawilżoną.
- L’Occitane, olejek migdałowy pod prysznic – cudowny produkt, bardzo przyjemne wrażenie na skórze, cudowny, delikatny zapach, najchętniej używałabym tylko tego olejku gdyby nie cena (ok 80 zł).





- Batiste, suche szampony – mali zbawiciele, kto ich nie kocha :).
- Natur Vital, maska aloesowa – nie wiem, które to już opakowanie, jest niesamowita.
- L’Oreal, Elseve, Arginine Resist – bardzo dobra odżywka za niską cenę, używam jej praktycznie po każdym myciu włosów.
- Tołpa, Odżywka-Maska regenerująca – szczerze mówiąc niezbyt przypadła mi do gustu, nie robiła z moimi włosami nic szczególnego i cieszę się, że udało mi się ją wykończyć.
- Pharmaceris, specjalistyczny szampon kojący do skóry wrażliwej – kompletnie się nie sprawdził, potrzebowałam ukojenia swędzącej skóry głowy, mam wrażenie, że wręcz je potęgował, dodatkowo obciążał włosy.





- Vichy, antyperspirant – świetny produkt, nie klei się, nie zostawia plam, skutecznie chroni i prawie nie ma zapachu.
- Tołpa, krem-koncentrat do rąk – bardzo lubiłam ten krem, dobrze nawilżał, szybko się wchłaniał, pachniał bardzo delikatnie.
- The Body Shop, peeling grapefruitowy – mmmm, ten zapach…przepiękny. Uwielbiam.
- Chanel, Allure – moje perfumy wszechczasów, przepiękny kobiecy zapach, dostałam mnóstwo komplementów na ich temat.
- Dior, Diorskin Forever puder – kolejny ulubieniec wszechczasów, niestety niedawno wycofany ze sprzedaży.
- Estee Lauder, Double Wear Light – świetny podkład, trwały i lekki jednocześnie, bardzo naturalnie wygląda na twarzy.



Jak zwykle dajcie znać, czy używałyście któregoś z tych produktów i co o nim sądzicie :) 

Pozdrawiam,
Kasia.

czwartek, 14 maja 2015

Nowy must have w stylizacji moich włosów.

Witajcie!


   Zacznijmy może od pewnego wyjaśnienia, a mianowicie od tego, co w moim przypadku oznacza słowo 'stylizacja'. Na codzień nie korzystam ani z prostownicy, ani z lokówki, moim jedynym grzechem urodowym w tym temacie jest suszenie włosów suszarką, 'wyciągając' je na szczotce. Do tej pory używałam klasycznej, okrągłej szczotki, jednak po pozytywnych doświadczeniach z Tangle Teezerami postanowiłam wypróbować nowego członka ich rodziny - szczotkę Blow Styling.








   Od klasycznych szczotek Tangle Teezer różni się przede wszystkim kształtem oraz tym, że posiada wygodną rączkę (w końcu!). Odróżnia ją również kształt i rozkład ząbków - w normalnym Tangle Teezerze ząbki są jednakowej grubości na całej swojej długości, ząbki Blow Styling są szerokie u nasady i zwężają się ku górze, są również znacznie sztywniejsze i twardsze. 











   Według producenta szczotka przeznaczona jest typowo do suszenia krótkich i średnich włosów, jednak z moimi ok 70 centymetrowymi, puszącymi się i z natury kręconymi daje sobie świetnie radę. 

Shaun P., twórca szczotek, zapewnia nas również o zastosowaniu przełomowej technologii w materiale, z którego wykonane są ząbki, dzięki której w magiczny sposób pochłaniają one wilgoć z powierzchni włosa i sprawiają, że ich wstępne suszenie staje się zbędne. 

Unikalny sposób rozmieszczenia ząbków ma zapewnić nam suszenie bez ciągnięcia i szarpania oraz ma ułatwić czyszczenie szczotki z pozostałych w niej włosów.









   

W tą całą wspaniałą technologię pochłaniania wilgoci nie wierzyłam do momentu pierwszego suszenia. Nigdy nie wyciągam na szczotkę włosów bardzo mokrych, zawsze najpierw suszę je suszarką a wyciągać zaczynam dopiero w momencie, kiedy włosy są wilgotne. Tym razem specjalnie dla testu zrobiłam wyjątek i zaczęłam od razu suszyć włosy z użyciem szczotki. Rzeczywiście coś w tej 'technologii' jest, ponieważ włosy wysuszyłam bardzo szybko i nie były one przez to bardziej spuszone. Pomimo tego pozostanę przy swojej dawnej metodzie, głównie dlatego, że ciężko mi przy takiej długości włosów manewrować tą szczotką przy głowie i wolę najpierw wysuszyć tę okolicę a dopiero później przejść do 'stylizacji' na długości. 

Bardzo ładnie wygładza i dyscyplinuje włosy, obawiałam się, że przez różnicę w kształcie nie poradzi sobie aż tak dobrze z końcami, jak okrągła szczotka, jednak moje obawy zostały skutecznie rozwiane.

Plusem jest też łatwość, z jaką możemy ją wyczyścić. Jeżeli używacie klasycznych Tangle Teezerów to być może problem łapania przez nie wszelkich możliwych włosków i paprochów nie jest wam obcy. W tym wypadku tego nie doświadczyłam, trzy przerwy między rzędami ząbków skutecznie rozwiązują kłopot. Bardzo pozytywne wrażenie sprawia również jakość plastiku oraz solidność z jaką została wykonana - bardzo pewnie trzyma się w dłoni i nie ślizga się w niej podczas suszenia. 

Jedyne z czym szczotka średnio sobie radzi to rozczesywanie włosów - o ile z wcześniej rozczesanymi radzi sobie świetnie i rzeczywiście 'sunie' po nich bez żadnego szarpania w trakcie suszenia, tak rozczesując nią włosy możemy doświadczyć nieprzyjemnego ciągnięcia. W tej kwestii niestety nie sprawdza się aż tak dobrze, jak jej młodsze siostry. 


Szczotką jestem oczarowana i szczerze wątpię, żebym miała wrócić do jej okrągłej, czasem-jednak-szarpiącej poprzedniczki. Jeżeli również suszycie włosy w ten sposób - serdecznie ją Wam polecam, u mnie sprawdza się genialnie :). 



Kasia.

środa, 6 maja 2015

8 x NIE, czyli produkty, które się u mnie nie sprawdziły.

Witajcie!


   Dziś zapraszam na mniej pozytywny post z niesprawdzającymi się produktami w roli głównej. Od razu zaznaczam, że to, co nie sprawdza się u mnie, nie musi tak samo zadziałać u Ciebie, jest to wyłącznie moja subiektywna ocena :). 













Korektor Maybelline Instant Anti-Age Effect nie spodobał mi się głównie ze względu na swoją mocno 'śliską', silikonową konsystencję. Nie dał mi poziomu krycia, na którym mi zależy i nieestetycznie zbierał się w załamaniach po kilku godzinach. 

Korektor Astor Perfect Stay 24 był dla mnie zbyt żółty i podobnie jak poprzednik nie krył wystarczająco cieni pod oczami. Wręcz przeciwnie, nie wiem jakim cudem uwydatniał opuchnięcia i sprawiał, że oko wyglądało na niewypoczęte, a przecież nie na tym nam zależy.

Podkład L'Oreal True Match okazał się nietrafionym wyborem dla cery tłustej/mieszanej - szybko zaczynał się świecić i w dziwny sposób znikać z twarzy. Dodatkowo miał okropną tendencję wchodzenia w pory, przez co mój nos wyglądał jak biedronka w negatywie. 








Nie sprawdziły się u mnie również dwa pudry przeznaczone typowo do mojej cery - Rimmel, Stay Matte oraz Estee Lauder Double Wear Powder - oba wyglądają ciężko na twarzy, są bardzo widoczne a dodatkowo nie spełniają swojej podstawowej funkcji i wręcz nasilają problem -  twarz czasami zaczyna mi się świecić zanim skończę robić makijaż. 








W zeszłym roku był to jeden z produktów, który gościł w mojej kosmetyczce na codzień, w tym roku mam o nim zupełnie inne zdanie. Bronzer Glam Bronze L'Oreal tworzy na mojej twarzy dziwne plamy, odcień 101 Blonde Harmony strasznie się odcina i ciężko mi go rozetrzeć.









   Bumble&Bumble Sunday Shampoo to w mojej opinii jeden z najbardziej przereklamowanych produktów. Używałam o wiele lepszych i tańszych szamponów typowo oczyszczających, chociażby Toni&Guy, po którym moje włosy zostawały świeże na dłużej. Bumble&Bumble daje u mnie efekt odwrotny do zamierzonego, ponieważ włosy już na drugi dzień są bardzo nieświeże, co nie zdarza mi się przy innych, nawet tych 'zwykłych' szamponach. 

   Cieszę się, że kupiłam tylko miniaturę kremu do rąk Tołpa Czerwony Ryż, ponieważ jego działanie nijak ma się do obietnic z opakowania. Krem-maska miał być z założenia bardzo regenerujący i odżywczy, tymczasem wchłania się w całości, jakbyśmy w ogóle nic nie nałożyły a dłonie dalej dopominają się o nawilżenie. Dodatkowo pachnie zbyt intensywnie, co po jakimś czasie staje się męczące. 


Dajcie znać, czy używałyście któregoś z tych kosmetyków :).
Pozdrawiam, trzymajcie się ciepło,
Kasia.

wtorek, 7 kwietnia 2015

Denko #1 2015.

Witajcie!



   Pudełko z zużytymi kosmetykami postanowiło się oficjalnie nie domknąć więc czas najwyższy na pierwsze w historii tego bloga denko! Zapraszam na zużycia i mini recenzje :).






___________________________________________________________________






   Aloesowa maska NaturVital to mój absolutny ulubieniec wszechczasów. Używam jej po każdym myciu zamiast odżywki, moje włosy ją po prostu kochają. 

   Pianka do demakijażu oczu, Natura Siberica. Trochę nie bardzo rozumiem co producent miał na myśli tworząc piankę do demakijażu oczu oraz oddzielną piankę (niebieskie opakowanie) do mycia twarzy, z którą polubiłam się o wiele bardziej. Do tej, pomimo tego, że ze zmywaniem makijażu i myciem twarzy radzi sobie dobrze, niestety, już nie wrócę. Po prostu nie zaiskrzyło.

   Ulubiony płyn micelarny z Garniera. Cena, pojemność, działanie - wszystko jak najbardziej na tak :).

   Krem do twarzy Bioderma Tolerance Plus do cery alergicznej lub bardzo wrażliwej. Producent obiecywał, że ten specyfik zmniejszy nadreaktywność zakończeń nerwowych na twarzy przez co zaczerwienienie, podatność na alergie i podrażnienie zostaną zniwelowane. Nie zauważyłam żadnych innych efektów poza nawilżeniem. Wydaje mi się, że Bioderma dużo swoich kremów opiera na podobnej bazie, próbowałam już kilku i każdy z nich miał podobną formułę i zostawiał na twarzy dziwny tłustawy film, który nie chciał się wchłonąć. Jak na zwykły nawilżacz według mnie kosztuje troszkę za dużo (ok 60 zł).

   Szampon oczyszczający z Toni&Guy spisał się naprawdę nieźle. Dobrze oczyszcza a przy tym nie wysusza moich włosów.







   Kremy na dzień i na noc do cery mieszanej Natura Siberica spisują się u mnie bardzo dobrze a do tego są w przystępnej cenie. Nie zapychają, nie powodują dziwnych wysypów ani nic z tych rzeczy. Tak się polubiliśmy, że już nie pamiętam ile tak naprawdę opakowań zużyłam.

   Serum przeciwstarzeniowe dla cery mieszanej, Planeta Organica również bardzo przypadło mi do gustu. Bardzo dobrze nawilżało i świetnie współgrało z kremem na dzień oraz podkładem. 

   Żel do twarzy Physio z Tołpy był niezły, jednak odrobinę zbyt wysuszający, dlatego wątpię, że kiedykolwiek do niego wrócę. Znalazłam już coś lepszego na jego miejsce.

   Suchy szampon Batiste do włosów blond również się u mnie nie sprawdził, głównie dlatego, że był o wiele za jasny i zbyt żółty. Zostawiał na moich włosach bardzo nieestetyczną warstwę, przez co fakt, że użyłam suchego szamponu był tak widoczny i oczywisty, że równie dobrze mogłabym wypisać to sobie na czole.







   Woda winogronowa z Caudalie nie zrobiła na mnie wrażenia. Pachnie troszkę jak rodzynki, nie zauważyłam ani łagodzenia, ani nawilżenia, tak właściwie nie zauważyłam niczego. Raczej do niej nie wrócę.

   Eau De Beaute, Caudalie z kolei mnie oczarowała. Pomimo hektolitrów alkoholu w składzie rozkochała mnie od pierwszego psiknięcia. Zapach, chłód na twarzy, odświeżenie, mmm...Coś wspaniałego.

   All About Eyes Rich Clinique to mój ulubiony krem pod oczy. Stosuję go głównie na noc (ze względów oszczędnościowych), chociaż pod makijażem sprawdza się świetnie.

   Serozinc, La Roche-Posay to woda termalna z cynkiem. Lubię ją za to jak łagodzi podrażnienia i stany zapalne.

   Nuxe Reve de Miel jest moim ukochanym basamem do ust. Nic tak nie radzi sobie z ich nadmierną, stałą, upierdliwą, natrętną i wredną suchością. Wart każdego grosika.




Coś się kończy, coś się zaczyna - zbieranie zaczynam od nowa :)
Pozdrawiam, trzymajcie się ciepło,
Kasia.

piątek, 27 marca 2015

Dobroci z Lush'a #2.

Witajcie!

  


   To już (niestety :<) drugi i ostatni post z kosmetycznymi zdobyczami z Holandii. Tym razem na tapecie LUSH - moja kosmetyczna mekka. W Holandii przebywałam w okresie walentynek dlatego część z moich zakupów pochodzi z limitowanej kolekcji walentynkowej, co przyprawia mnie conajmniej o palpitację serca na myśl o tym, że miałabym te wspaniałości zużyć. Mam nadzieję, że wrócą do oferty za rok, jeżeli tak, to bardziej niż pewne, że znajdą się w moim posiadaniu :). 








   Zacznijmy od limitowanych bomb do kąpieli - kolorowych kwiatów "Floating Flower", które po włożeniu do wody rozpuszczają się, uwalniając wielokolorową pianę. Pachną przecudnie jaśminem, takim prawdziwym, zerwanym prosto z krzaka w gorące letnie popołudnie, a nie rodem z odświeżacza do toalet. 










   Następna - Rose Jam - zawiera w sobie olej kokosowy, masło shea, olejek różany i geranium. Pachnie przecudownie i nie mogę się doczekać, kiedy w końcu będę mogła ją użyć.









   Sakura - bomba o zapachu dość trudnym do zidentyfikowania, baaaardzo jednak przyjemnym. Pomimo swojego kosmicznego wyglądu miała być zainspirowana kwiatem japońskiej wiśni i celebracją wiosny. Zawiera w sobie absolut mimozy, kwiatu pomarańczy, jaśminu, olejek cytrynowy i ekstakt z gardenii. 









    Comforter to chyba jedna z najbardziej lubianych bomb do kąpieli - nie ma się co dziwić, pachnie chyba najpiękniej ze wszystkich a dodatkowo jest dość spora. Barwii wodę na różowo/fioletowo. Pachnie owocowo, czuć tu czarną porzeczkę. 










   Movis to mydło inne niż wszystkie - przypomina kromkę pełnoziarnistego chleba i rzeczywiście po części nią jest, pełnoziarniste pieczywo jest na drugim miejscu w składzie. Mydełko pięknie pachnie i ma bardzo ciekawą konsystencję, lekko gąbczastą. Kosmetyk przeznaczony jest do mycia twarzy i zawiera w sobie glicerynę, olej kokosowy, cukier, olej słonecznikowy, olej z kiełków pszenicy, otręby pszenne, masło kakaowe, kiełki pszenicy, olej z chmielu, labdanum i olejek sandałowy. Twarz po umyciu jest bardzo przyjemna w dotyku i odżywiona.









   Kolejnym produktem do twarzy jest pasta do mycia twarzy Dark Angels. Swój kolor zawdzięcza węglowi, który razem z czarnym cukrem peelinguje i oczyszcza skórę. Do tego glinka marokańska, olejek z avocado, olejek sandałowy i z drzewa różanego. Ciekawa jestem jak ta mieszanka się sprawdzi.









   Po ten produkt wróciłam do sklepu, po wcześniejszej rezygnacji. Mowa o perfumach Lust, zapachu, o którym już dzis pisałam przy okazji Floating Flower. Jak dla mnie - zapach szczęścia, dzieciństwa, beztroski, promieni zachodzącego słońca tańczących pośród liści drzew. Nie mogłam ich zostawić. 

   Na zdjęciu znajdują się również dwie próbki. Dziewczyna, która pomagała mi w zakupach, zauważyła, że zapach jaśminu bardzo przypadł mi do gustu i zrobiła mi próbkę żelu pod prysznic Flying Fox. Kolejna próbka to maska do twarzy Catastrophe Cosmetics z jagodami oraz kalaminą, która już po pierwszym użyciu podbiła moje serce. 










   Bardzo, ale to bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie wyżej wspomniana Dziewczyna, która przy wyjściu ze sklepu zaskoczyła mnie małym pakunkiem, mówiąc, że każdy z pracowników może obdarować kogoś jakimś prezentem - wręczyła mi szampon Godiva, również o zapachu jaśminu. To był niesamowicie miły gest, który sprawił, że uśmiech nie schodził mi z twarzy przez cały dzień. 
















Znacie kosmetyki Lusha? Co lubicie najbardziej? :)
Pozdrawiam, trzymajcie się ciepło,
Kasia. 

poniedziałek, 23 marca 2015

Holenderskie łupy pt. I - Kruidvat, VD, Tiger, Rituals.

Witajcie!

   Przeważnie kiedy jesteśmy gdzieś 'na wyjeździe' rzadko myślimy o tym, lub rzadko mamy czas na odwiedzanie miejscowych drogerii. Czasem jednak warto tę chwilę znaleźć - wielu produktów jeszcze nie ma w naszym kraju lub wprowadzenie ich na polski rynek w ogóle nie zostało przewidziane. Dziś zapraszam na post z łupami z holenderskiego odpowiednika Rossmanna - Kruidvat'u, VD oraz Tiger'a. Jeżeli wybieracie się za granicę koniecznie zajrzyjcie do tamtejszej drogerii, a nóż widelec upolujecie kilka skarbów :).








   



   Moim pierwszym wyborem była kredka do powiek Max Factor, Wild Shadow Pencil w odcieniu 05 - Caramel Rage.







   Następnie skierowałam się do szafy Maybelline. Zainteresowały mnie kredki do ust Color Drama, jednak odcienie na żywo nie przypadły mi do gustu. Wybrałam żel do brwii Brow Drama w odcieniu Dark Brown, a kiedy zobaczyłam, że jest promocja na produkty do brwii 1 + 1 gratis, wybrałam kredkę Brow Satin w odcieniu Medium Brown.








   Produkty do ust, na które się zdecydowałam to dwie konturówki - Rimmel Exaggerate Full Color Lip Liner w odcieniu 063 Eastend Snob oraz Catrice Long Lasting Lip Pencil 150 Vintage Rose (dostępna w Polsce). Obie dają na ustach podobny efekt.









   Kiedy wybierałam róż Max Factor Creme Puff w odcieniu Alluring Rose nie było ich jeszcze w Polsce. Niestety nie mogłam wypróbować koloru przed zakupem i wzięłam w ciemno. Kolor nadaje się raczej dla brunetek, niekoniecznie dla 'chłodnych' blondynek. 





   














  


   Na górze: Max Factor Creme Puff Blush, Alluring Rose. Na dole, od lewej: Maybelline Brow Drama, Max Factor Wild Shadow Pencil, Maybelline Brow Satin, kredka i cień (drugi koniec produktu), Catrice Long Lasting Lip Pencil, Rimmel Exaggerate Full Color Lip Liner.




   O piance do mycia ciała Rituals wspominałam już w ulubieńcach 2014 roku. Tym razem, mając okazję, zrobiłam niezły zapas. Zaopatrzyłam się w 3 pełnowymiarowe opakowania - Yogi Flow, T'ai Chi oraz Diwali Delight oraz małą wersję zgarniętą w pośpiechu na lotnisku - Hammam Delight. 






   



   Będąc w VD (czymś w rodzaju domu towarowego) moja przyjaciółka zaprowadziła mnie na dział z rzeczami do domu. Stamtąd wyszłam z tym uroczym talerzykiem, z którym nie wiem co zrobię, ale nie mogłam się pohamować :). W Tigerze natomiast zaopatrzyłam się w spinacz do notatek, który stoi teraz na biurku i przypomina mi o ważnych rzeczach.



   



Dajcie znać, czy macie w planach jakieś podróże :) A może byłyście gdzieś niedawno i też przywiozłyście kosmetyczne skarby? :)

Zapraszam na następny post, w którym będą zakupy z LUSH'a! :)


Pozdrawiam, trzymajcie się ciepło,
Kasia.