Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ulubiency. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ulubiency. Pokaż wszystkie posty

piątek, 4 marca 2016

Ulubieńcy lutego 2016.



Witajcie!




   Minęło jakieś dobre 30 minut odkąd siedzę tu, przy swoim biurku, naprzeciw okna i szukam słów, żeby zacząć wstęp. Mam wrażenie, że ta przygnębiająca szarość, jak dementor, za chwilę wyssie ze mnie resztki energii. Chciałam, jak zwykle, zacząć od tego, że kolejny miesiąc za nami, że nie wiem kiedy to minęło i najchętniej zatrzymałabym czas. Jednak tym razem złapałam się na tym, że wcale nie. Nie chcę zatrzymywać czasu, wręcz przeciwnie, chętnie bym go odrobinkę pogoniła, bo się wlecze. Tak od razu do maja, albo chociaż do kwietnia. I żeby słońca było więcej. Tymczasem zapraszam Was na ulubieńców lutego. 

poniedziałek, 11 stycznia 2016

Ulubieńcy 2015 roku - makijaż.



Witajcie!




   Po zestawieniu najlepszych kosmetyków do pielęgnacji 2015 roku nadszedł czas na podsumowanie makijażu. Jeżeli jesteście ze mną dłużej, wiele z produktów, które Wam przedstawię w dzisiejszym poście nie będzie dla Was żadnym zaskoczeniem – pojawiały się w ulubieńcach poszczególnych miesięcy i w postach z Makeup Menu.  Są to moje prawdziwe perełki, które dzielnie służyły mi na co dzień i pozostały na wygranej pozycji w walce z przetłuszczającą się cerą. Przy każdym z produktów, tak jak w poprzednim poście, zamieszczam link, który zabierze Was do wpisów, zawierających opinię na ich temat.

środa, 6 stycznia 2016

Ulubieńcy 2015 roku - pielęgnacja.



Witajcie!






   Jak co roku, styczeń jest dla mnie (i pewnie dla wielu z Was) momentem podsumowań – robimy bilans zysków i strat, wracamy do list z postanowieniami, sprawdzając ile udało nam się ‘odhaczyć’ i przypominamy sobie najlepsze momenty ostatnich 12 miesięcy. W moim przypadku miniony rok pozostawił po sobie kilka zmian oraz mnóstwo cudownych wspomnień. Przyniósł ze sobą również sporą ilość kosmetycznych odkryć, której częścią pielęgnacyjną zamierzam się dziś z Wami podzielić. Część kosmetyków, które uwielbiałam w 2015 roku pojawiła się już w ulubieńcach sprzed roku, jednak są tak dobre i według mnie tak wyjątkowe, że zdecydowanie zapracowały na swoją obecność w tym zestawieniu. 

wtorek, 29 grudnia 2015

Ulubieńcy grudnia 2015.



Witajcie!






   

   Mam wrażenie jakbym dosłownie przed chwilą wróciła na bloga, w lutym, z postem o ulubieńcach 2014 roku. Nadszedł już grudzień, szybko, jak za pstryknięciem palców, a wraz z nim ostatni post z ulubieńcami w tym roku. Banalne i pewnie ma tak każdy, ale niesamowicie ciężko uwierzyć w to, jak ten czas szybko leci i jak szybko wszystko się zmienia. Wracając do lutowych postów zdałam sobie sprawę z tego, jak bardzo zmieniłam się sama, jak bardzo zmienił się blog. Bardzo cieszę się z tych zmian i z tego, że mogę je obserwować, różnica między tym co było, a tym co jest jest ogromną motywacją do dalszej pracy :). 


wtorek, 1 grudnia 2015

Ulubieńcy listopada 2015.




Witajcie!








   

   Ciężko mi uwierzyć, że listopad już za nami i za miesiąc przyjdą święta. Zeszłoroczne pieczenie pierników i makowców pamiętam, jakby to było wczoraj i niesamowite, że praktycznie za chwilę znów w całym domu będzie pachniało cynamonem i migdałami. Jednak, zanim całkiem się rozmarzę, zapraszam na listopadowych ulubieńców, których tym razem zebrała się całkiem pokaźna gromadka.

czwartek, 2 lipca 2015

Ulubieńcy maja i czerwca 2015.

Witajcie!

   Pomimo faktu, że w dzisiejszym poście goszczą ulubieńcy z aż dwóch miesięcy, nie ma tu zbyt wiele produktów. Wynika to głównie z tego, że wraz z nadejściem lata moja pielęgnacja i makijaż uległy znacznemu uproszczeniu – jest gorąco, świeci słońce, gdzieś po drodze wypadła sesja, kradnąc mi przy okazji znaczną część doby – chcę teraz dać mojej skórze trochę oddechu i nie męczyć jej zbędnymi warstwami makijażu. Ostatnio sama z siebie wygląda zdrowiej i bardziej promiennie niż kiedykolwiek, więc czemu by z tego nie skorzystać :).









   W tym momencie w ogóle nie używam podkładu, jednak w maju i na początku czerwca moim numerem jeden był L’Oreal Infallible Matte w najjaśniejszym odcieniu. Nie spodziewałam się po nim aż takiej trwałości i bardzo pozytywnie zaskoczona byłam tym, jak świetnie wyglądał na mojej skórze. Dodatkowo nie spowodował żadnego wysypu zaskórników więc chwała mu za to!

   Pewnie już macie dość czytania i słuchania w kółko wszędzie o tym produkcie, jednak nic nie poradzę na to, że jest naprawdę AŻ tak dobry i warty tego, żeby Wam o nim wspominać – róż Max Factor Creme Puff Blush w odcieniu Nude Mauve to mój ulubieniec od dwóch miesięcy i szczerze przyznam, że nie spodziewam się, aby w najbliższym czasie coś miało to zmienić.

   228 Crease od Zoevy oraz Inglot 45S to jedyne pędzle do oczu jakich ostatnio używam. Oba są duże i puchate, idealne do szybkiego nakładania i rozcierania cieni. Pędzel z Inglota jest naprawdę ciekawy bo rzadko podobny rozmiar i kształt pędzla występuje w ofercie firm z niskich i średnich półek cenowych, podobne pędzle ma w ofercie Bobbi Brown oraz np. Hakuhodo. Jest świetny do ostatecznego łączenia i rozmywania cieni lub jeżeli po prostu chcecie szybko rozetrzeć pojedynczy cień, wystarczy kilka ruchów i wszystko wygląda perfekcyjnie. Do tego jest niesamowicie miękki.

   Sesja jest bezlitosna i to głównie przez nią mój czas na makijaż był ostatnio skutecznie ograniczony. W związku z tym potrzebowałam czegoś szybkiego a jednocześnie efektywnego – cień z Inglota o numerze 406 był ( i nadal jest) strzałem w dziesiątkę. Idealnie podbija niebieski kolor tęczówki, wygląda wyjątkowo letnio i świetnie podkreśla oko. On i maskara – perfecto.

   Wielki powrót do naturalności objął również pielęgnację włosów i ostatnio zrezygnowałam z wyciągania ich na szczotkę. Jest gorąco, wieczorami byłam bardzo zmęczona – ostatnią rzeczą na jaką miałam czas i ochotę było 20-sto minutowe suszenie/gimnastyka ze szczotką i włosami długości 70 cm (mamo, potrzebuje fryzjera). Żeby łatwiej było mi doprowadzić fale do stanu względnej atrakcyjności z pomocą przyszedł mi spray z solą morską Toni&Guy. Ujarzmiał je i definiował skręt jednocześnie dając ten niesforny, plażowy wygląd.

   To wszyscy moi ostatni ulubieńcy, jak zwykle dajcie znać, czy używałyście któregoś z tych produktów :).
Pozdrawiam, trzymajcie się ciepło,

Kasia.

poniedziałek, 4 maja 2015

Ulubieńcy kwietnia 2015.

Witajcie!









__________________________________________





  

    Jeżeli jesteście ze mną już od jakiegoś czasu to pewnie wiecie, że moja problematyczna cera skutecznie utrudnia mi dobór pudrów i podkładów. Kiedy znalazłam w końcu 'ten jedyny' puder, okazało się, że niestety zostaje wycofywany ze sprzedaży. Nie pozostało mi nic innego jak dalsze poszukiwania i godziny szperania na wizażu, tak więc po wytypowaniu kilku możliwości zaczęłam testowanie. Moje pierwsze podejście prawdopodobnie okazało się ostatnim - puder tak mi się spodobał, że wylądował w ulubieńcach. Inglot 3S, Sport, Stage, Studio to puder matujący. Wybrałam żółtawy odcień, który miał za zadanie niwelować zaczerwienienia, jednak efekt jaki daje na twarzy jest praktycznie transparentny, więc jakiegoś szczególnego niwelowania nie zauważyłam. To, za co kocham ten puder to fakt, że potrafi on utrzymać moją cerę w ryzach przez kilka ładnych godzin przy jednoczesnym naturalnym wyglądzie, bez maski ani 'ciastka' na twarzy, na czym mi naprawdę zależało. Jego jedyny minus to fakt, że czasem zdarza mu się lekko podsuszyć mi skórę, ale jestem skłonna mu to wybaczyć :). 







   W ostatnim okresie w drogeriach pojawiło się sporo ciekawych nowości. Jedną z nich były róże Maxa Factora, Creme Puff Blush. Odcień Alluring Rose, który udało mi się kupić w Holandii i który praktycznie przez większość miesiąca był elementem codziennego makijażu, uznałam początkowo za zbyt ciepły i nie nadający się dla chłodnej blondynki. O dziwo całkiem ładnie stopił się z resztą makijażu i bardzo spodobało mi się, jak wyglądał na policzkach. 








   Przy okazji zakupów w Sephorze dostałam próbkę maskary Le Volume de Chanel. Od początku bardzo spodobała mi się jej 'najeżona' szczoteczka, jednak efekt, jaki tusz dał na moich rzęsach nie był powalający (czego spodziewałam się po maskarze przekraczającej magiczny próg 100zł). Próbka odleżała swoje w szufladzie i niedawno postanowiłam do niej wrócić. Tym razem rezultat o wiele bardziej mnie zadowolił, na tyle, że nie rozstawałam się z nią przez cały kwiecień. Na razie nie sądzę jednak, bym miała sięgnąć po pełnowymiarowe opakowanie, głównie ze względu na cenę, ale być może kiedyś, kiedy najdzie mnie ochota na odrobinę szaleństwa - czemu nie? :).








   Nie bardzo wiem z czego to wynika, jednak moje cienie pod oczami stały się ostatnio intensywniejsze. Potrzebowałam czegoś, co zneutralizuje ich niebiesko-fioletowy odcień, szczególnie w wewnętrznych kącikach i tu z pomocą przyszedł mi korektor Bobbi Brown w odcieniu Light Peach. Jest dość ciężki i tłustawy w konsystencji, więc wystarczy dosłownie odrobina, żeby ładnie przykryć cienie. 




Dajcie znać co Wam przypadło do gustu w minionym miesiącu :).

Pozdrawiam, trzymajcie się ciepło,
Kasia.

czwartek, 2 kwietnia 2015

Ulubieńcy marca 2015.

Witajcie!



  Marzec minął w mgnieniu oka, nim się obejrzałam nadszedł kwiecień a razem z nim pora na ulubieńców. W tym miesiącu mam ich dla Was jedynie pięcioro, głównie dlatego, że w tej kwestii niewiele zmieniło się od lutego. 













   Silikonowa szczoteczka soniczna Foreo - myję nią twarz dwa razy dziennie i w mojej cerze bardzo skłonnej do zanieczyszczeń i naczynkowej widzę naprawdę dużą poprawę. Więcej na pewno napiszę o niej w recenzji.

   Peeling kawitacyjny - dzięki niemu moja skóra staje się gładka, świeża, oczyszczona, promienna - wygląda bardzo zdrowo. Stosuję go mniej więcej dwa razy w tygodniu i jestem bardzo zadowolona z efektów. Więcej o tym urządzonku postaram się napisać w oddzielnej recenzji.








   Tusz Miss Sporty Studio Lash IncrediBall w pomarańczowym opakowaniu przypadł mi do gustu równie mocno, jak nie mocniej, jak jego brat w różowym opakowaniu. Ma ciekawą silikonową szczoteczkę zakończoną kulką, dzięki czemu łatwiej nim manewrować w kącikach. 

   Kredka Max Factor, 05 Caramel Rage - piękny kolor, idealny na dzień, bardzo trwała - tak szybko zastyga, że wystarczy sekunda a poprawki już nie są możliwe :P. 









   Cień Milani Bella Bronze - nakładałam go dzień w dzień przez większość marca razem z czarną kreską na linii rzęs, a to mówi samo za siebie :).




Co Wam najbardziej przypadło do gustu w marcu? Chętnie poznam Waszych ulubieńców.
Pozdrawiam, trzymajcie się ciepło,
Kasia. 

poniedziałek, 9 marca 2015

Ulubieńcy stycznia i lutego 2015.

Witajcie!




   Luty minął w zastraszającym tempie, nim się obejrzałam zaczął się marzec i proszę...dziś już 9-ego :) Mam nadzieję, że wczorajszy dzień był dla Was wyjątkowy, życzę Wam abyście zawsze czuły się piękne, docenione, wartościowe i kochane! :) 
   W związku z tym, że blog na nowo ruszył na początku lutego w dzisiejszym poście przemycę też kilka rzeczy ze stycznia. Zapraszam więc na ulubieńców stycznia i lutego! :)










   


   Pielęgnacja w dwóch minionych miesiącach została zdominowana przez LUSH'a. Po wizycie w ich holenderskim sklepie i wypróbowaniu paru kosmetyków mogę śmiało stwierdzić, że jest to jedna z moich ulubionych marek kosmetycznych. Bardzo, ale to bardzo ubolewam nad faktem, że nie ma ich stacjonarnie w Polsce, warto polować na ich kosmetyki na allegro lub złożyć zamówienie na angielskiej stronie. To, co polubiłam najbardziej to zdecydowanie maska do włosów blond Marilyn oraz szampon w kostce Lullaby. Oprócz nich to maska do twarzy Mask Of Magnaminty oraz cukrowy scrub do ust Bubblegum (o wszystkich tych produktach możecie przeczytać TU). 

   Rodzynkiem w pielęgnacyjnej gromadce ulubieńców jest migdałowy olejek pod prysznic L'Occitane, który pomimo zaszczytnego miejsca raczej nie zagości ponownie w mojej łazience. Bardzo ładnie pachnie i skutecznie zapobiega wysuszaniu skóry jednak jego cena raczej wyklucza ponowny zakup (ok 80 zł/250ml).














   Przechodzimy do makijażu. W ostatnich miesiącach na moich powiekach gościł bardzo zgrany duet - Suspect, cień z palety Naked 2, Urban Decay oraz cień do...brwii marki Golden Rose w odcieniu 102, który przełożyłam do opakowania po cieniu Sephory. Suspect daje bardzo ładny naturalny blask na powiece, natomiast cień z GR świetnie sprawdza się w załamaniu. 















   Do podkreślania górnej linii rzęs oraz górnej linii wodnej służy mi wodoodporna kredka L'Oreal Gelmatic. Jej formuła jest dość dziwna/wyjątkowa,w ciągu dnia jest bardzo trwała, nie rozmazuje się a na górnej linii wodnej trzyma się ładnych kilka godzin, natomiast jej wodoodpornośćznika, kiedy zaczynam zmywać makijaż, co dla mnie jest bardzo na plus ze wględu na brak konieczności używania płynów dwufazowych czy olejków. Na rzęsach nosiłam (i nadal noszę) głównie tusz Miss Sporty Studio Lash, nie jest bez wad, dość szybko zaczyna się kruszyć, jednak za taką cenę nie wymagam cudów :). Na policzkach gościł róż NARS Douceur. Nigdy nie byłam 'blush kinda gal', dlatego taka dość neutralna, zgaszona propozycja to dla mnie strzał w dziesiątkę. 












   W kwestii ust wygrywa matowa pomadka od Bourjois w odcieniu Don't Pink Of It!. Dość neutralny, nienachalny róż w sam raz na codzień :). Przez ostatnie dwa lata stopniowo przekonuję się, jak ogromną różnicę w makijażu robią odpowiednie narzędzia. Pędzel Sigma F25 Tapered Face postawił kropkę nad 'i' i ostatecznie utwierdził mnie w tym przekonaniu. Bronzer nabrany na sam czubeczek tego 'jajeczka' i roztarty resztą włosia daje naprawdę niesamowity efekt. 










   Ostatnim, niekosmetycznym ulubieńcem są akwarele. Nie jestem w tej dziedzinie żadnym specjalistą, dopiero się uczę, jednak sprawia mi to tak dużą frajdę, że postanowiłam o tym wspomnieć. :)













Dajcie znać co podbiło Wasze serca w ubiegłym miesiącu,

Pozdrawiam, trzymajcie się ciepło,
Kasia. 

sobota, 7 lutego 2015

Wracam z ulubieńcami 2014 roku!

Witajcie po dłuuuugiej przerwie!


   Od dnia, w którym dodałam mój ostatni post na blogu mija dziś okrągły rok (jak ten czas szybko leci!). Cały ten rok obfitował w wiele kosmetycznych zmian  takich jak np. odejście od minerałów czy porzucenie Aqua Brow i wszelkich kredek do brwii na rzecz...no właśnie,  jeżeli jesteście ciekawe co się konkretnie zmieniło - zapraszam na kosmetycznych ulubieńców roku 2014!












___________________________________________





























  

Podkład

   W temacie podkładów zmieniło się praktycznie wszystko. Porzuciłam podkłady mineralne na rzecz płynnych z kilku powodów: brakowało mi trwałości, denerwowało mnie wiecznie brudne biurko i brudne rękawy po południu (no bo kto ma rano czas na ścieranie podkładu z biurka i kto pamięta o tym, żeby wytrzeć je po powrocie do domu? – nie ja). Dodatkowo po długim czasie użytkowania nie poprawiły stanu mojej cery.
Moim ulubionym podkładem został więc Estee Lauder, Double Wear Light w odcieniu 1.1, ekspert do działań na cerze mieszanej w kierunku tłustej. Trzyma się długo, ma średnie krycie w kierunku mocnego, nie podkreśla porów, nie zapycha, nie wysusza i nie tworzy efektu maski. Zauważyłam, że u mnie najładniej wygląda nałożony palcami. Jest wydajny, dwa opakowania na rok o czymś świadczą. Do tego sprawdza się na wymagających cerach w dużym przedziale wiekowym, używa go też moja mama. Minus? Cena. 179 zł/30 ml, jednak warto, jest moim wybawcą, drogeryjne podkłady w ogóle się u mnie nie sprawdzają – chociażby L’Oreal True Match, fujka.


Korektor

NARS, Radiant Creamy Concealer, Vanilla – po początkowym sceptycznym nastawieniu + kilka drogeryjnych ‘szałowych’ korektorów później przyszedł czas na uwielbienie – wyjątkowo kremowa i lekka konsystencja przy tak wysokim stopniu krycia + rozświetlenie + trwałość. Doceniłam szczególnie mocno przy nakładaniu go palcem – porzućcie swe pędzle, ten korektor lubi nasze ciepełko!

MAC, Pro Longwear Concealer – trwały, kryjący, jednym słowem świetny, tylko ta pompka…



Puder

  Podobnie jak w przypadku podkładów, pudry drogeryjne nie zdają u mnie egzaminu. Rimmel Stay Matte świeci się u mnie po dwóch godzinach, podobnie Kryolan Anti Shine. Przekopałam więc cały wizaż w poszukiwaniu czegoś ‘większego kalibru’ i trafiłam na kolejnego wybawcę - Dior, Diorskin Forever, puder prasowany. Długotrwale matuje bez efektu płaskiego matu, ładnie wygładza cerę i nie zapycha. Dotknęłam denka już w drugim opakowaniu. Niestety, jak to w życiu bywa, nic co zbyt piękne nie może trwać wiecznie – przy ostatniej wizycie w Sephorze dowiedziałam się, że jest wycofywany (dwa dodatkowe opakowania zapasu już w drodze). 
















  

Bronzer

Zimą The Body Shop, Honey Bronze w odcieniu 02, latem The Balm, Bahama Mama. Dwa kultowe produkty, których chyba nie trzeba nikomu przedstawiać.



Kontur

Kobo, Matt Bronzing & Contouring Powder 308 Sahara Sand. Świetny matowy chłodny odcień brązu, ma idealną pigmentację – nie za słabą, nie za mocną, dzięki czemu nie narobimy nim sobie plam. Idealny do konturowania dla bardzo jasnych cer i do tego tani – ok 20 zł / 9 g. Dziwię się, że tak o nim dziwnie cicho bo to naprawdę świetny produkt za niską cenę.
























Róż

Astor, Rosewood – bardzo wydajny, piękny neutralny kolor. Nadaje się praktycznie do każdego makijażu.

Usta

MAC, Peach Blossom, idealny naturalny różowy nude. Pięknie podkreśla usta na co dzień i wspaniale nadaje się do ciemnego makijażu oka.

Sleek, Matte Me, Birthday Suit – mój ulubieniec szczególnie w sezonie jesienno-zimowym, płynna matowa, bardzo trwała pomadka w odcieniu brudnego, zgaszonego różu a’la ciemniejsza Kylie Jenner.

Tusz do rzęs

Oriflame, Wonder Lash Mascara – swoją przygodę z makijażem zaczynałam z tuszami Oriflame i był to bardzo udany start, Wonder Lash wspaniale podkreśla rzęsy, nie skleja ich, nie pozostawia grudek, ładnie je rozczesuje i wydłuża.


Brwii

L’Oreal, Brow Artist Plumper, żel koloryzujący do brwi w odcieniu Medium/Dark. Do tej pory używałam kredek lub Aqua Brow MUFE, jednak zajmowało mi to zdecydowanie więcej czasu i niestety zdarzało mi się przesadzić, do tego cały czas przeszkadzał mi ten jednak troszkę zbyt ciepły odcień Aqua Brow (25). Żel daje idealny efekt, utrzymuje brwi w miejscu, nadaje im kolor, delikatnie zagęszcza dzięki malutkim włoskom, które zawiera. (Uwaga na jaśniejszy odcień, który ma dziwnie żółtawo-złoty kolor i niestety BŁYSZCZY.)

















Cienie


Maybelline, Color Tattoo, On and on Bronze – świetny cień w kremie o przepięknym odcieniu brązu, niesamowicie trwały, można nim uzyskać różne efekty – od mgiełki koloru do metalicznego połysku.

Urban Decay, Naked 2 – paleta, którą również znają chyba wszyscy, piękne cienie o cudownej ‘masełkowatej’ konsystencji i wspaniałej pigmentacji.

MAC, Uninterrupted – niezwykły cień w kolorze ciepłego, camelowego brązu, idealnie wygląda w załamaniu, dodaje głębi ciemnym makijażom, wspaniale podbija niebieski kolor tęczówki.







  Oprócz zmian kosmetycznych pojawiły się również zmiany na blogu – mam nadzieję, że nowy wygląd Wam się podoba. Koniecznie napiszcie co najlepiej sprawdziło się u Was w minionym roku, może polecicie mi jakiś puder dobry dla cery mieszanej? :)

Trzymajcie się,
Kasia.


poniedziałek, 3 lutego 2014

Ulubieńcy stycznia 2014.

Witajcie!


   Witajcie po przerwie, która spowodowana była, jak się pewnie wiele z Was domyśla – sesją. Paradoksalnie w moim przypadku skończyła się zanim tak naprawdę się zaczęła, wszystkie egzaminy udało mi się zdać w terminie zerowym, jednak to czas ‘przed’ na moim kierunku jest najbardziej gorący – oddanie goni oddanie i zdanie ‘nie śpię bo studiuję architekturę’ cudownie odzwierciedla ten okres. Na samym końcu pochwalę się Wam jednym z projektów, który musiałam wykonać na wzornictwo :).

   Dziś, jak mówi tytuł posta, przychodzę do Was ze styczniowymi ulubieńcami. W związku z nawałem pracy i brakiem czasu makijaż w tym miesiącu zszedł na dalszy plan a moja pielęgnacja skupiła się głównie na regeneracji i naprawie zniszczeń wywołanych przez wielki mróz i silny wiatr. Zapraszam do lektury :).




   







   Moje włosy w tym miesiącu naprawdę dostały w kość. Ocieranie się o sztuczny materiał kurtki, mróz, silny wiatr, para wodna z ust, dosłowne zamarzanie – wszystko to sprawiało, że były w nienajlepszej kondycji. Włosowym ulubieńcem pozostaje maska Natur Vital aloes i jałowiec dodatkowo zmieszana z bananową odżywką z The Body Shop. Odżywka samodzielnie się u mnie nie sprawdziła, była po prostu za lekka, chcąc w końcu ją zużyć zaczęłam mieszać ją na dłoni z maską. Moje włosy pokochały takie połączenie, są niesamowicie gładkie, nawilżone i błyszczące. W styczniu odkryłam również kolejny szampon z Yves Rocher z oczarem wirginijskim, czy jak to nazywa producent – hamamelisem. Jest naprawdę łagodny, mam wrażenie, że nawilża moje włosy, są po nim gładkie, miękkie i wyjątkowo świetnie się układają. Pobił chyba wszystkie dotychczasowe ulubione szampony, jest na pewno lepszy od jego bratniej wersji dodającej objętości :).








    Moja twarz również odczuła negatywne skutki mrozu i silnego wiatru – stała się przesuszona, odwodniona i doświadczyłam łuszczenia się w najbardziej przetłuszczającej się partii – na nosie. W opanowaniu sytuacji przyszły mi na pomoc trzy produkty – Alpha H, Balancing Cleanser with aloe vera, Salcura, Face Hydrator oraz Seba Med, Care Gel. Kremowy balsam do mycia twarzy od Alpha H jest wyjątkowo łagodny – nie odczułam żadnego ściągania, skóra jest nawilżona i chroniona delikatną warstewką, która nie powoduje żadnych wyprysków ani zapychania. Krem do twarzy Salcura ma tak cudowny, naturalny skład, że to po prostu wydaje się zbyt piękne, żeby było prawdziwe. A jednak. W tym wypadku również nie doświadczyłam wysypu zaskórników, moja skóra jest miękka i nawilżona. Krem zostawia na skórze delikatną, aksamitną warstewkę, która w żadnym wypadku nie jest tłusta ani lepka – świetnie nadaje się pod makijaż, nie wpływa negatywnie na jego trwałość. Żel Seba Med kupiłam ze względu na składnik, który w pewnym stopniu czyni go odpowiednikiem tak szeroko omawianego ostatnio Hydraluron’u, niedostępnego niestety w Polsce. Nie zawiera żadnych zapychaczy, wchłania się do matu, ma działanie nawilżające – dla cer suchych, normalnych i mieszanych świetnie sprawdza się jako nawilżające serum pod krem, dla cer wyjątkowo tłustych mógłby być wystarczający stosowany samodzielnie. O wszystkich tych trzech produktach zamierzam napisać niedługo więcej, także jeżeli coś Was zainteresowało – wypatrujcie posta :).








    W pielęgnacji dłoni i stóp prym wiedzie Tołpa. Pomimo chodzenia w rękawiczkach moje dłonie naprawdę źle znoszą mróz. Są ekstremalnie przesuszone, szorstkie i gdzieniegdzie nawet popękane. Pomimo tak dużych szkód, Regenerujący krem-koncentrat do rąk radzi sobie świetnie. Stosuje go głównie ze względu na wyjątkowo szybkie wchłanianie i bardzo dobry poziom nawilżenia, co nie zawsze idzie ze sobą w parze. Jeżeli chodzi o stopy – moim kremem WSZECHCZASÓW jest Tołpa, Dermo pedi, Med – regenerujący krem-maska do stóp. Coś niesamowitego. Muszę się Wam przyznać, że przez nawał pracy na uczelnie niektóre partie mojego ciała, w tym stopy, traktowałam trochę po macoszemu… Śmiałam się niedawno, że gdybym była mężczyzną, pewnie wyglądałabym teraz jak Rumcajs, który właśnie wyszedł z jaskini. Ten krem niweluje zrogowacenia, cudownie nawilża i jest zdecydowanie najlepszym kremem, który stosowałam do tej pory. Pobił masło shea, kremy z Avonu, Gehwol, Isany, Dax i innych, plasujących się w czołówce KWC na Wizażu marek.









   W styczniu nie miałam czasu na makijażowe eksperymenty, popadłam nieco w rutynę i postawiłam na naturalność. Kilka kosmetyków jednak się wyróżniało i sięgałam po nie zdecydowanie częściej niż po pozostałe – MAC, Pro Longwear Concealer, Nyx, Taupe Blush, kredka do brwii Catrice Eye Brow Stylist w odcieniu 02 oraz róż Bourjois w kolorze 34 – Rose D’Or, zakupiony w promocji w Rossmannie. Korektor pod oczy MAC świetnie kryje i jest wyjątkowo lekki w konsystencji, nie zbiera się w załamaniach i wygląda bardzo naturalnie. Róż Nyx to mój idealny odcień do konturowania. Początkowo miałam do niego pewien dystans, wydawał mi się dość ciemny i brudny, jednak zmieniłam zdanie po pierwszym użyciu :) O nim również będziecie mogły przeczytać więcej już niebawem. Kredka Catrice świetnie nadaje się do szybkiego podkreślenia brwii, jest dość twarda więc łatwo stopniować efekt, utrzymuje się cały dzień, odcień 02 idealnie nadaje się do chłodnej karnacji. Róż Bourjois ma cudowny uniwersalny odcień, który jest bardzo zbliżony do koloru naturalnego rumieńca, bardzo delikatnie rozświetla i ożywia twarz, nadaje świeżego i zdrowego wyglądu.  Do tego ten zapach…<3

   Do nawilżania ust w tym miesiącu najczęściej używałam pomadek ochronnych Burt’s Bees. Są aksamitne i bardzo odżywcze. Nie lepią się i nie zostawiają tłustej, błyszczącej powłoki jak w przypadku wazelinowych pomadek. Śmiało mogłabym powiedzieć, że są ‘sztyftowymi’ odpowiednikami Reve de miel ze słoiczka. Z dwóch wariantów – z olejkiem z granatu oraz miodowej, zdecydowanie wolę tę drugą – niestety gdzieś mi się zagubiła i przez większość miesiąca używałam tej z granatem. Czerwona wersja nie odbiega od miodowej jeżeli chodzi o sposób działania, natomiast ma dość specyficzny zapach, który niekoniecznie jest przyjemny.  




   A teraz coś, czym między innymi zajmowałam się w ostatnim czasie – karmnik dla ptaków. Projekt jest być może mało funkcjonalny, często trudno ze swoją wizją przebić się przez wizję wykładowcy, po części mi się to jednak udało, z czego jestem dumna :).  








   I dodatkowa rzecz, nie mogłam się powstrzymać, żeby się nie pochwalić – prezent Walentynkowy od M. – pierścionek Pandory. Dostałam go już teraz, ponieważ M. musiał wyjechać, nasze wspólnie spędzone Walentynki stoją pod znakiem zapytania, a pierścionek to coś w rodzaju niezapominajki :). Jest przepiękny…<3. Być może spodoba Wam się na tyle, że same zechcecie ujrzeć go na swoim palcu 14-ego? Dajcie znać :).









Zapraszam na mojego instagrama oraz do polubienia bloga na fb,
pozdrawiam Was serdecznie, trzymajcie się cieplutko,
Kasia.