wtorek, 11 sierpnia 2015

Mały cudotwórca - Caudalie, Overnight Detox Oil.

Witajcie!


   Olejek Caudalie mam w swoich kosmetycznych szeregach już od 2014 roku jednak na blogu do tej pory pojawił się jedynie w zeszłorocznych ulubieńcach i być może nie zagościłby tu już nigdy więcej, gdyby nie mało fortunne w skutkach spotkanie z innym olejkiem. Zachęcona niekończącym się hypem wokół produktów Kiehl’s zamówiłam ostatnio próbki między innymi olejku na noc – Midnight Recovery Concentrate. To właśnie on, fundując mi wysyp po raptem 4 użyciach, przypomniał mi i pomógł docenić jak wielki skarb posiadam pod samym nosem. 








   Olejek Overnight Detox Oil jest częścią linii Polyphenol C15 francuskiej marki Caudalie, której kosmetyki oparte są właśnie na polifenolach pozyskanych z pestek winogron. Jego główne zadanie to odnowa przemęczonej skóry, przywrócenie jej witalności i oczyszczenie jej z toksyn, olejek ma ją również wygładzić i sprawić, że rano będzie odświeżona i zregenerowana. W jego skład wchodzi 9 olejków, w tym olej z pestek winogron (główne źródło antyoksydantów), olej ze słodkich migdałów, dzikiej róży (regeneracja), liści i kwiatów gorzkiej pomarańczy (oczyszczanie), marchwi (działanie detoksyfikujące), olejek sandałowy, słonecznikowy oraz lawendowy (łagodzenie), do tego znajdziemy tu również ekstrakt z rozmarynu

INCI: CAPRYL IC/CAPRIC TRIGLY CERIDE, VITIS VINIFERA (GRAPE) SEED OIL, PRUNUS AMYGDALUS DULCIS (SWEET ALMOND) OIL*, ROSA CANINA FRUIT OIL*, CITRUS AURANTIUM AMARA (BITTER ORANGE) LEAF/TWIG OIL*, DAUCUS CAROTA SATIVA (CARROT) SEED OIL, SANTALUM ALBUM (SANDALWOOD) OIL, HELIANTHUS ANNUUS (SUNFLOWER) SEED OIL, CITRUS AURANTIUM AMARA (BITTER ORANGE) FLOWER OIL*, LAVANDULA ANGUSTIFOLIA (LAVENDER) OIL*, ROSMARINUS OFFICINALIS (ROSEMARY) LEAF EXTRACT, LINALOOL, GERANIOL, LIMONENE, FARNESOL.   *pochodzenie organiczne




   Produkt znajduje się w ciemnozielonym, szklanym opakowaniu, które z jednej strony jest na tyle jasne, że pozwala kontrolować ilość znajdującego się w nim olejku, z drugiej natomiast na tyle ciemne aby uchronić go przed zgubnym działaniem promieni słonecznych. Aplikacja za pomocą małej, sprytnej pipetki ułatwia precyzyjne dozowanie, natomiast zamknięcie jest na tyle szczelne, że nie musimy obawiać się o jakikolwiek przeciek. Pojemność wynosi standardowo 30 ml a cena waha się od ok 80 do 200 zł (najbardziej opłaca się zakup na allegro).


   Jeżeli chodzi o samą aplikację, jak nazwa wskazuje, jest to olejek przeznaczony do stosowania na noc. Producent zaleca dawkowanie od 3 do 6 kropli, które w zupełności wystarczą na pokrycie całej twarzy, z pominięciem okolic pod oczami. Olejek najpierw należy rozgrzać w dłoniach, następnie wmasować w twarz przed użyciem kremu lub zamiast niego










   Efekty widziałam już po pierwszym użyciu – po przebudzeniu skóra była miękka, gładsza, bardziej promienna, wyglądała jak po ogromnym zastrzyku energii. Do tej pory nie miałam styczności z produktem, który po jednej aplikacji dałby tak widoczne rezultaty jak ten mały cudotwórca. Żadne serum, żaden krem nie zdziałał takiej magii. Wspaniale oczyszcza skórę, łagodzi wszelkie podrażnienia, pomaga w pozbyciu się wyprysków – to właśnie nim aktualnie leczę skórę po nieudanym związku z olejkiem Kiehl’s. Często stosuję go jako kurację, kiedy widzę, że moja skóra jest zmęczona, podrażniona lub kiedy pojawiają się niespodzianki – wystarcza kilka aplikacji i wszystko wraca do normy - 200% normy. Jego sucha formuła sprawia, że olejek świetnie się wchłania i nie zostawia lepkiej, tłustej warstwy. Do tego jest niesamowicie wydajny – od zeszłego roku ubyło mi go mniej niż 1/5 opakowania. Nie zapycha i nie powoduje wyprysków, wręcz przeciwnie – pomaga się ich pozbyć, więc jeżeli macie cerę problematyczną, tłustą, mieszaną (taką właśnie sama posiadam) lub po prostu boicie się, że olejek się u Was nie sprawdzi – ten udowodni Wam, że jesteście w błędzie. Spełnił obietnice producenta w 100%. Kocham go niezmiernie i zdecydowanie nie zamienię na żaden inny <3.


Jakie macie doświadczenia z olejkami? Znalazłyście już swój numer jeden? :)
Kasia.


sobota, 8 sierpnia 2015

Tani i dostępny zamiennik konturówki Charlotte Tilbury, Pillow Talk?

Witajcie!



   Pamiętacie jak zagraniczny YouTube kusił konturówką do ust Charlotte Tilbury w odcieniu Pillow Talk? A może pamiętacie, że jej zamiennikiem była konturówka Rimmel, Eastend Snob? Jeżeli odpowiedź brzmi ‘tak’, to prawdopodobnie zdajecie sobie sprawę, że oba te produkty nie są dostępne w Polsce, bo pewnie tak jak ja miałyście ochotę biec po nie do sklepu tu i teraz. Całkiem niedawno i całkiem przypadkiem w swoich przepastnych szufladach udało mi się jednak natknąć na coś, co śmiało można nazwać zamiennikiem konturówki z Rimmela (a przy okazji Charlotte Tilbury), którą udało mi się kupić w Holandii. 






   Mowa o konturówce wodoodpornej Golden Rose o numerze 51. Różnica w odcieniu jest na pierwszy rzut oka ledwie dostrzegalna i polega jedynie na różnicy w temperaturze koloru – Golden Rose jest bardziej neutralna w porównaniu do chłodnego Rimmela. Obie konturówki są niesamowicie trwałe i dają matowe wykończenie bez zbytniego przesuszania ust. 





   Jakąkolwiek większą różnicę pomiędzy nimi dostrzec możemy w formule, sposobie wyprofilowania końcówki, opakowaniu oraz cenie. Eastend Snob jest bardziej kremowa i miękka, przez co aplikacja jest łatwiejsza (niestety przez to również szybciej się zużywa), jej końcówka jest ścięta pod kątem natomiast Golden Rose ma bardziej tępą i suchą konsystencję (jednak nie sprawia to, że aplikacja jest w jakikolwiek sposób utrudniona), a jej końcówka jest standardowa dla większości wysuwanych kredek – stożkowa.

   Obie kredki nie wymagają temperowania ze względu na swoją automatyczną formę. Obie są również z niskiej półki cenowej, jednak to Golden Rose bije konturówkę Rimmel na głowę - jest praktycznie o połowę tańsza – 9,90 vs. ok 25 zł. Do tego możemy kupić ją zarówno stacjonarnie jak i przez Internet, co sprawia, że raczej nie będę ronić łez po ‘Snobie z Eastendu’ :).


Lubicie konturówki, czy jednak obstajecie przy samych pomadkach? :)

Kasia. 

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Foreo Luna do skóry wrażliwej/normalnej - recenzja.

Witajcie!




   Luna to szczoteczka soniczna do pielęgnacji twarzy szwedzkiej firmy FOREO, która ma za zadanie usuwać z naszych porów pozostałości brudu, tłuszczu i makijażu, usuwać martwy naskórek oraz sprawiać, że nasza skóra będzie bardziej promienna i jędrna a zmarszczki ulegną redukcji. Ma również pomagać kosmetykom pielęgnacyjnym wniknąć głębiej a zatem po części ma intensyfikować ich działanie.  











   Zgodnie z zasadami skandynawskiego designu – jest prosto i funkcjonalnie. Całość wykonana jest z antybakteryjnego i hypoalergicznego silikonu (kolor zależy od wybranej wersji) oraz przezroczystego plastikowego paska na samym dole urządzenia, który pełni funkcję sygnalizatora – w zależności od tego, czy urządzenie znajduje się w stanie stand-by, czy akurat powinniśmy zmienić obszar pielęgnacji – świeci światłem stałym lub miga na kolor fioletowy. W przedniej górnej części urządzenia znajduje się część myjąca, składająca się z mniejszych i większych silikonowych wypustek, w tylnej natomiast część anti-aging, na którą składa się 7 wystających silikonowych półokręgów, służąca do masażu twarzy. 


   W dolnej przedniej części urządzenia znajduje się przycisk on/off oraz + i – służące do regulacji prędkości drgań, z tyłu natomiast odnajdziemy wejście ładowarki.


   Luna jest w 100% wodoodporna, możemy korzystać z niej zarówno pod prysznicem, jak i podczas kąpieli w wannie, bez obawy o zalanie urządzenia. Posiada 8 prędkości, najwyższą o częstotliwości 8000 pulsacji  na minutę


















   Szczoteczka jest niesamowicie ekologiczna i przyjazna w podróży – nie wymaga częstego ładowania – wystarczy jej zaledwie godzina raz na…300 zastosowań! Jeżeli używamy jej dwa razy dziennie, jak w moim przypadku, spokojnie wystarczy nam na 5 miesięcy. Dodatkowo nie musimy zastanawiać się, czy przypadkiem nie zapomnieliśmy jej wyłączyć – Luna po 3 minutach robi to sama. Fakt, że praktycznie cała wykonana jest z antybakteryjnego silikonu sprawia, że nie musimy martwić się o dodatkowe koszty w postaci zakupu nowych głowic myjących – oszczędność i higiena w jednym.


   Na każdy z poszczególnych etapów pielęgnacji przeznaczone jest 60 sekund – oczyszczanie: 30 na oba policzki, 15 na czoło, 8 na nos, oraz po zmniejszeniu prędkości 8 sekund na okolice pod oczami (ja jednak ten ostatni obszar pomijam i poświęcam więcej czasu reszcie twarzy), masaż: przykładamy Lunę na 12 sekund w obszar: pomiędzy brwiami, w miejscach, gdzie przy oczach tworzą się nam ‘kurze łapki’ oraz w załamaniach skóry między nosem a kącikami ust. Nie musimy pilnować czasu – Luna wibracją oraz krótkim podświetleniem dolnego paska da nam znać, kiedy przejść dalej. Po każdym użyciu należy opłukać ją samą wodą, lub wodą z mydłem. 










   Długo zastanawiałam się pomiędzy Foreo a szczoteczką Clarisonic, jednak na korzyść Luny przemówiła cena (499 zł w ofercie miesiąca w Douglasie vs 649 zł), jej delikatność (bałam się, że Clarisonic podrażni mi skórę) oraz fakt, że nie musimy wymieniać żadnych szczoteczek, więc w grę nie wchodzą żadne dodatkowe koszty.

   Jak Luna sprawdziła się w praktyce? Z początku nie byłam oszołomiona jej działaniem, jednak po godzinach spędzonych na czytaniu bardzo skrajnych recenzji w internecie byłam na to przygotowana. Wiedziałam, że muszę dać jej więcej czasu, żeby zobaczyć jej prawdziwy potencjał.

   Od razu muszę Wam napisać, że jeżeli oczekujecie, że szczoteczka soniczna pozbędzie się wszystkich Waszych zaskórników czy trądziku – NIE, nie pozbędzie się, bo nie takie jest jej zadanie. Jest to tylko dodatek do pielęgnacji, gadżet, który może poprawić stan Waszej skóry, ale nie rozwiąże on problemów dermatologicznych. Domyślam się, że wiele negatywnych opinii w sieci wynika właśnie z wygórowanych oczekiwań, podyktowanych między innymi ceną tego typu produktów.


   Efekty, jakie udało mi się zauważyć po niecałych 5 miesiącach użytkowania to cudowna gładkość i miękkość skóry. Jest zdecydowanie o wiele lepiej oczyszczona, promienna, pełna blasku. Pomimo tego, że używam jej dwa razy dziennie nie zauważyłam, żeby w jakimkolwiek stopniu podrażniła moją bardzo wrażliwą skórę. Niesamowicie pomogła mi w pozbywaniu się nadmiernie gromadzącego się martwego naskórka, dzięki czemu rzeczywiście zaskórników jest mniej, te na nosie stały się mniej widoczne, pory są zwężone i mam wrażenie, że wpłynęła pozytywnie na wydzielanie sebum. Jeżeli chodzi o efekty przeciwstarzeniowe niestety nie mogę się wypowiedzieć, ponieważ na razie nie mam jeszcze z czym walczyć, jednak systematyczny masaż może mieć jedynie pozytywny wpływ na stan skóry :). Zapewne tak, jak w przypadku zaskórników i trądziku, nie pozbędzie się głębokich zmarszczek, ale może zapobiec i opóźnić powstawanie nowych :).






   Jeżeli chodzi o mniej pozytywne cechy tego urządzenia – na pewno jest to cena – Luna to koszt 719 zł, Luna Mini – 499 zł. Nie ukrywajmy, jest to dużo pieniędzy, dlatego jeżeli decydujecie się na zakup warto poczekać na promocję.

   Luna nie jest kompatybilna ze wszystkimi produktami do twarzy – przy jej stosowaniu nie należy używać produktów z glinką, krzemem i wszelkiego rodzaju peelingów ziarnistych oraz produktów złuszczających z kwasami, które mogłyby uszkodzić delikatną silikonową powierzchnię. Nie można jej również czyścić alkoholem ani wyparzać wrzątkiem.

   Jeżeli tak jak ja zdarza Wam się zmywać makijaż myjąc dwukrotnie twarz żelem (a nie płynem micelarnym) możecie napotkać na problem z resztkami tuszu do rzęs, który utknął pomiędzy wypustkami i nie daje się stamtąd wypłukać. To samo tyczy się rzęs lub włosków, które wypadną Wam z brwii. (Problem widoczny na zdjęciu). 








   Kolejną problematyczną kwestią jest podatność silikonu na przebarwienia, jeżeli jest on jasny warto szczoteczkę trzymać z dala od kosmetyków o intensywnym kolorze i po każdym użyciu wytrzeć do sucha chusteczką, inaczej każdy ślad po wodzie będzie widoczny w postaci mało estetycznych zacieków.  



   Ze swoją Luną nie rozstaję się od 5 miesięcy i nic nie zapowiada, żeby to się miało zmienić. Za to, jakie cuda wyprawia z moją skórą pokochałam ją dozgonną miłością. Polecam ją z całego serca, w szczególności osobom z cerą problematyczną i bardzo wrażliwą, te małe cudeńko nie wyrządzi Waszej skórze żadnej krzywdy, wręcz przeciwnie, zostawi ją w takiej kondycji, w jakiej jeszcze nie była :).


Jakie są Wasze doświadczenia z gadżetami do mycia twarzy? 
Kasia.