poniedziałek, 2 listopada 2015

Makeup Menu #3 - październik.



Witajcie!


   Oooo tak, dziś w końcu będzie inaczej – porzuciłam (zapewne tymczasowo) ukochane brązy i bardzo delikatny makijaż na rzecz czegoś bardziej szarego, ciemniejszego z lekko przydymioną i przyciemnioną linią rzęs. Czy to ta jesień tak działa? Zapraszam na październikowe makeup menu.



   Na twarzy podkład L’Oreal Infallible Matte w odcieniu 11 Vanilla. Pod oczami korektor Catrice Liquid Camouflage 010. Do tego puder z ulubieńców – Essence All About Matt, na policzkach bronzer Make Up For Ever – Pro Bronze Fusion w odcieniu 20M oraz niezmiennie róż NARS Douceur.

   Brwii uzupełniłam konturówką w żelu z Inglota nr 12. Na powiekach matowe trio również z Inglota – najjaśniejszy kolor 355 na całej powierzchni powieki ruchomej aż pod brew, w załamaniu i lekko powyżej środkowy cień nr 360, a dla jeszcze większego podkreślenia najciemniejszy odcień nr 378 nałożyłam dokładnie w samo załamanie oraz na 1/3 długości dolnej powieki. Dodatkowo znalazł się również w zewnętrznym kąciku oraz, nałożony płaskim, precyzyjnym pędzelkiem i lekko roztarty do góry, przy górnej linii rzęs. Tusz, również z ulubieńców, Max Factor Masterpiece Transform, w kolorze czarnym. Na ustach ukochany ostatnio Rimmel, Notting Hill Nude.







Jak wygląda Wasz jesienny makijaż? Stawiacie na ciemne usta czy ciemne oko? A może jedno i drugie? :) 
Kasia.



sobota, 31 października 2015

Ulubieńcy października 2015.



Witajcie!


   Grono październikowych ulubieńców znacznie odbiega pod względem ilości od moich poprzednich postów - wszystko za sprawą braku ulubieńców września. W tym miesiącu mam Wam do pokazania całkiem pokaźny zbiór wspaniałych produktów, które odkryłam zarówno we wrześniu jak i w październiku. 






   Transparenty puder matujący Essence All About Matt pozytywnie zwalił mnie z nóg. Jakkolwiek by to nie brzmiało, nie spodziewałam się znaleźć takiej perełki za tak niską cenę. Do tej pory mojej niesamowicie kapryśnej cerze odpowiadały głównie produkty z wyższej półki a wszelkie eksperymenty z ograniczeniem wydatków i testowaniem produktów drogeryjnych kończyły się zastępem zaskórników na całej twarzy. Jego wykończenie jest matowe, jednak nie płaskie – cera jest wygładzona, świecenie ograniczone na kilka ładnych godzin a cera zachowuje swój naturalny zdrowy blask. Wspaniały.

   Max Factor zdecydowanie ma to ‘coś’ jeżeli chodzi o tusze do rzęs – każdy tusz, który wypróbowałam do tej pory przypadł mi do gustu. Nie inaczej było w przypadku wariacji na temat kultowego Masterpiece – Masterpiece Transform. Jego unikatowa szczoteczka, swoim kształtem przypominająca wygięty dwustronny grzebyk, wspaniale wyczesuje i rozdziela rzęsy. Dwie pozbawione ząbków, ułożone naprzeciwlegle płaszczyzny szczoteczki pozwalają na szybkie i proste zwiększenie ilości tuszu na rzęsach bez konieczności ponownego maczania szczoteczki, natomiast nadmiar bardzo skutecznie wyczesać możemy grzebyczkami. Wydłuża i dodaje objętości przy zachowaniu naturalnego efektu, nie tworzy grudek i nie osypuje się.

   Dwa produkty Resibo, których pełna recenzja pojawi się niedługo, zauroczyły mnie od pierwszego użycia. Krem pod oczy jest za razem lekki, ale niesamowicie treściwy, pozostawia moją skórę pod oczami cudownie nawilżoną i napiętą, z kolei tonik nawilżający świetnie spełnia swoją rolę – odświeża cerę i rzeczywiście wyraźnie ją nawilża. Do tego jak one pięknie pachną…

   Pomadka Rimmel w kolorze Notting Hill Nude również niedługo zagości na blogu w całej swej krasie. Przepiękny nude, z wyraźną przewagą brązowych tonów, nie schodził z moich ust przez co najmniej połowę miesiąca. Lekka, dość nawilżająca i komfortowa formuła i do tego ten odcień…choć niepozorny, niesamowicie wyrafinowany, wspaniale dopełnia resztę makijażu i podkreśla urodę, dodaje nutki elegancji i klasy. 

   Żele pod prysznic Original Source należą raczej grona do drogeryjnych przeciętniaków, nie ma w nich nic ekscytującego ani zaskakującego, kiedy jednak powąchałam żel z nowej limitowanej edycji o zapachu czereśni i pokrzywy - przepadłam. Jest to zdecydowanie jeden z tych zapachów, które przenoszą mnie do okresu dzieciństwa i przywracają coś, czego nie do końca jestem w stanie sobie przypomnieć. Czy to tak pachniały słodycze z Ameryki? Coś wspaniałego.


  Serum Estee Lauder Advanced Night Repair to zdecydowanie mój ulubieniec wszechczasów. Zdeklasowało wszystkie używane dotychczas przeze mnie sera, nie ma sobie równych, o czym świadczyć może fakt, że jestem w trakcie trzeciego opakowania. Cudownie nawilża i napina skórę, zostawia ją mięciusieńką i gładką, po zastosowaniu go na noc, rano moja twarz wygląda jak po ogromnym zastrzyku energii, jest wypoczęta jak po najlepiej przespanych 8 godzinach a wszelkie zmiany są złagodzone i zminimalizowane. Skóra wygląda zdrowo i promiennie a efekt widać jak na dłoni.



Dajcie znać co Wam w tym miesiącu najbardziej przypadło do gustu :) 
Kasia.

środa, 28 października 2015

Chanel Les Beiges + Rouge Coco.



Witajcie!



   Strefa bezcłowa, po stresującej podróży, długim oczekiwaniu i gorączkowym wybieraniu wszystkich swoich cennych rzeczy z plastikowego pojemnika, bezlitośnie przesuwającego się po obrotowych rolkach, nabiera ogromnego psychologicznego wymiaru. To jak terapia na kozetce u najlepszego specjalisty w mieście, belgijska pralina czy relaksujący masaż gorącymi kamieniami (nie, nigdy na takowym nie byłam). Dodatkowo te wrażenie potęguje moment, kiedy znajdziemy się przy stoisku Chanel z zamiarem zakupu jednej wymarzonej rzeczy, a do kasy podchodzimy z dwiema.




   Pomimo faktu, że do perfumerii na całym świecie pomału wkrada się jesienno-zimowa kolekcja, ja nadal żyję wspomnieniem lata i limitowanej kolekcji Les Beiges 2015, której przyświeca idea stworzenia efektu zdrowej, świetlistej i promiennej cery – efektu pożądanego przez miliony niezależnie od pory roku. Kolekcja Les Beiges, podobnie jak sama założycielka marki, przełamuje schematy a jej głównym celem jest osiągnięcie pięknego, naturalnego efektu w sposób łatwy, spontaniczny i z prostotą, niezależnie od sytuacji. Ponadczasowość i uniwersalność poglądów Gabrielle Chanel znajduje swoje odzwierciedlenie w założeniach kolekcji, która za zadanie ma służyć kobietom, dając im wolność i totalną swobodę w aplikacji, wydobywając i podkreślając ich naturalne piękno, pozostając przy tym niewykrywalną na skórze.






   Zamknięty w luksusowym, czarno-białym pudełku, Les Beiges Healthy Glow Multi Colour 002 Mariniere to puder składający się z dwóch odcieni słonecznego brązu, ułożonych naprzemiennie w poziome pasy, które Coco zapożyczyła od marynarzy. Już na pierwszy rzut oka odcień wydaje się wyjątkowy i zupełnie inny od tych, które znajdziemy w produktach brązujących. I słusznie, bo jest wyjątkowy – jest hybrydą, która stworzyła swoją własną niszę, czymś pomiędzy bronzerem a pudrem. Użyty do oprószenia całej twarzy stworzy iluzję delikatnej, naturalnej opalenizny, naniesiony w miejsca, gdzie zazwyczaj nakładamy bronzer delikatnie ociepli cerę i doda twarzy charakteru. Idealna, nie za mocna, nie za słaba pigmentacja oraz aksamitna konsystencja nie pozwalają na potknięcia i czynią aplikację niesamowicie łatwą i przyjemną, podobnie jak zapach, który przy każdej aplikacji otula piękną, świeżą, kwiatową wonią. Formuła zawierająca filtr SPF 15, masło shea, ekstrakt z bawełny i róży pielęgnuje skórę i zapewnia jej komfort na co dzień.









   Kolekcja pomadek Rouge Coco, z nową, ulepszoną formułą i odmienioną szatą kolorystyczną, swoją premierę miała w marcu tego roku. 26 dostępnych w Polsce odcieni, których nazwy zaczerpnięte zostały od imion osób, pełniących w życiu Madmoiselle szczególną rolę, podzielone zostały na 5 gam kolorystycznych, odzwierciedlających charakter relacji: dramatyczne czerwienie zarezerwowane zostały dla ukochanych, romantyczne róże dla przyjaciół, żywe korale dla muz, odcienie cieliste dla rodziny a głębokie fiolety przypadły artystom. Każdy odcień opowiada pewną historię i jest swoistą ekspresją życia i legendy Coco. Unowocześniona formuła jest bardziej komfortowa i nawilżająca dzięki zawartości ekskluzywnego kompleksu z masłem Jojoba, masłem z mimozy, woskiem słonecznikowym oraz cząsteczkami silikonu – wszystko to dla długotrwałego i lśniącego efektu. Odcień Adrienne, który swą nazwę wziął od imienia siostry Gabrielle, to przepiękny nude. Niech Was nie zwiedzie brąz widoczny w sztyfcie, pomadka na ustach ujawnia różowe tony, przez co pasuje na każdą okazję i do każdej karnacji. Kolor idealny, niesamowicie uniwersalny a jednocześnie unikatowy. Niesamowity.





Poniżej swatche oraz zdjęcia pudru i pomadki na twarzy:










Kasia.