czwartek, 31 października 2013

Ulubieńcy października 2013.

Witajcie!


   W związku z tym, że październik dobiega dziś końca, postanowiłam zrobić dla Was post o moich ulubieńcach i jednym małym bubelku. Zapraszam! :)
  
  _______________________________
  


Pędzel Maestro Złota Kolekcja Powder

  
   
  
   
   

   Cudownie miękki, giętki, puszysty. Nakładanie nim pudru to prawdziwa przyjemność, wystarczy dosłownie kilka pociągnięć i gotowe. Jego wygląd cieszy oko, prezentuje się dość luksusowo. Bardzo wygodny w użytkowaniu, gruba, drewniana, dobrze wyważona rączka ułatwia pracę. Co prawda wypadło mi z niego kilka włosków ale mam nadzieję, że na tym się skończy.  Zakup zdecydowanie wart swojej ceny (ok. 60 zł).


  
Kremowy peeling myjący, Farmona
  
  
   
   
   
  
   Ma słodki, korzenny zapach, idealny na tę porę roku. Niewielkie drobinki nie podrażniają skóry, jest delikatny i nadaje się do codziennego stosowania. Ma kremową konsystencję, jednak dość lejącą. Nie zauważyłam wysuszania skóry pomimo właściwości peelingujących a używam go codziennie wieczorem od mniej więcej 3 tygodni. (Uważam, że nawet delikatny peeling raz dziennie wystarczy, skóra musi mieć swoją wartwę ochronną, rano używam innego żelu). Jest bardzo wydajny, po takim czasie używania nadal mam 1/3 w butelce (pojemność 250 ml).
   
   
INCI: Aqua (water), Acrylates copolymer, Sodium laureth sulfate, Cocamidopropyl betaine, Glycerin, Polyurethane, Parfum (fragrance), Simmondsia chinensis (jojoba) seed powder, Macadamia ternifolia shell powder, Panthenol, Tuber aestivum extract, Inulin, Styrene/acrylates copolymer, Sodium chloride, Disodium edta, Sodium hydroxide, Methylchloroisothiazolinone, Methylisothiazolinone, Dmdm-hydantoin, Coumarin, Cinnamal, Caramel colour e150d, CI 1625.

Skład nie jest może wyjątkowo zachwycający, ale nie jest źle :). Cena ok. 10 zł.
    
   
   
     
Odżywka Morela i Olejek Migdałowy, Garnier Ultra Doux
   
   
  
   
  
  

   Nie mogłam się powstrzymać, kiedy zobaczyłam ją na półce. Przywołała wspomnienia, kiedy mama myła mi kiedyś włosy morelowym szamponem Ultra Doux, jakieś 15 lat temu. Cudownie pachnie morelami, zapach utrzymuje się na włosach, niestety nie tak długo jak bym chciała, ale cudów nie ma :).  W porównaniu do kultowej już odżywki Avocado i Masło Shea Garnier, ma mniej treściwą konsystencję, co na początku mnie troszkę zmartwiło. Na szczęście niewiele jej ustępuje jeżeli chodzi o nawilżenie, włosy są nawilżone, miękkie i pachnące.


INCI: Aqua, Cetearyl Alcohol, Dipalmtoylethyl Hydroxyethylmonium Methosulfate, Quaternium 80, Glyceryl Stearate, Limonene, Linalool, Propylene Glycol, Caprylic/Capric Triglyceride, Geraniol, Cetrimonium Chloride, Citric Acid, Coumarin, Prunus Amygdalus Dulcis Extract/Sweet Almand Fruit Extract, Prunus Armeniaca (Apricot) Fruit Extract, Glycerin, Parfum

Cena ok. 7 zł.
   
   
  
   
Advanced Night Repair II, Estee Lauder
  
  
  
  
   
   
   
   Serum mające na celu cofanie istniejących już zmian takich jak zmarszczki, przebarwienia i linie, dezaktywowanie ponad 90% wolnych rodników i innych zanieczyszczeń ze środowiska, zanim zdążą one w jakikolwiek sposób zadziałać na skórę oraz nawilżanie skóry. Nowa wersja II dedykowana jest dla każdego rodzaju cery, w każdym wieku. Może być również używane na dzień.

   Przy okazji zakupów w jakiejś perfumerii dostałam 3-mililitrową próbkę serum. Na początku użyłam raz i stwierdziłam, że nie zauważyłam żadnego działania, z resztą, i tak mnie na to nie stać. Po jakimś czasie wróciłam do próbki i stosowałam serum przez tydzień. Nawet sobie nie wyobrażacie z jakim żalem i rozpaczą próbowałam wydusić ostatnie krople z opakowania…Widać to z resztą po kondycji próbki :P. Nie miałam okazji stosować poprzedniej wersji, więc nie mam porównania, ale wiem, że najzwyczajniej w świecie DZIAŁA! Po mniej niż tygodniu używania serum na noc budziłam się z gładką, ‘wyspaną’ skórą. Cera zaczęła być odrobinę bardziej jednolita, przebarwienia po eksterminacji wyprysków odrobinę się rozjaśniły. Najśmieszniejsze jest to, że wypryski zniknęły i przestały się w tym okresie pojawiać, bez używania serum codziennie mam na twarzy nowe niespodzianki. Bardzo cieszy mnie fakt, że serum nie zawiera silikonów ani żadnych innych ‘cięższych’ zapychaczy. Pod koniec składu pojawia się Carbomer,  jednak nie zauważyłam, żadnego wysypu zaskórników. Serum jest baaardzo wydajne, wystarczy naprawdę odrobina na całą twarz i szyję. Niestety cena zwala z nóg, 290 zł za 30 ml. Nie stać mnie na taki wydatek, ale! Niedługo mam imieniny, więc mam cichą nadzieję, że dostanę je w prezencie. Dla niektórych tydzień to zbyt mało czasu, żeby coś przetestować, mi w tym wypadku tydzień wystarczył aby chcieć więcej :).

INCI: Water, Bifida Ferment Lysate, Methyl Gluceth-20, PEG-75, BIS-PEG-18 Methyl Ether Dimethyl Silane, Butylene Glycol, Propanediol, Cola Acuminata Seed Extract, Hydrolyzed Algin, Panthetine, Caffeine, Lecithin, Tripeptide-32, Ethylhexylglycerin, Sodium RNA, Bisabolol, Glyceryth-26, Squalane, Sodium Hyaluronate, Oleth-3 Phosphate, Caprylyl Glycol, Lactobacillus Ferment, Oleth-3, Anthemis Nobilis, Yeast Extract, Choleth-24, Hydrogenated Lecithin, Ceteth-24, Tocoperol Acetate, Ethylhexyl Methoxycinnamate, Hexylene Glycol, Carbomer, Triethanolamine, Tridodium EDTA, BHT, Xantan Gum, Phenoxyethanol, RED 4 (CI 14700), YELLOW 5 (CI 19140) <ILN39632>.

   
  
   
Magic Concealer, Helena Rubinstein
  
  
  
  
  
  
  
   Lekki rozświetlający korektor o średnim kryciu. Stosuję go pod oczy oraz punktowo na niedoskonałości, sprawdza się świetnie. Dobrze się trzyma przez cały dzień, Nie zbiera się w załamaniach powieki, nie podrażnia ani nie wysusza. Wygląda bardzo naturalnie i rozjaśnia okolice oczu. Kosztuje sporo, ja kupiłam go za 165 zł w promocji, na wizażu podana cena to 180 zł. Tylko jest jeden haczyk. POJEMNOŚĆ. Ta tubeczka to aż 15 ml korektora. Za korektor Lancome z pędzelkiem, który ma gorsze działanie od Heleny a jego pojemność to UWAGA: 1,5 ml musimy w drogerii zapłacić ok. 120 zł. Czytajcie dalej. Korektor Lumi Magique, L’Oreal, pojemność 2,5 ml, cena ok. 30 zł. 15 ml / 2,5 ml = 6. 6 x 30 zł = 180 zł. Chyba nie muszę nic więcej mówić :). Jego jedyny minus to niestety parabeny, i to dość wysoko w składzie. W tym przypadku machnęłam jednak na to ręką i nie żałuję.


INCI: Aqua, Cyclopentasiloxane, Hydrogenated, Polyisobutene, Sorbitan Isostearate, Glycerin, Propylene Glycol, Ozokerite, Methylparaben, Silica, Aluminium Hydroxide, Chamomilla, Recutita/ Matricaria Extract, Phenoxyethanol, Magnesium Sulfate, Disodium Stearoyl Glutamate, Disteardimonium Hectorite, Acrylates Copolymer, Butylparaben, +/- May Contain: CI 77891 /Titanium Dioxide, CI 77492, CI 77491, CI 77499/ Iron Oxides, Mica.

  
    
   
Daily Lip Conditioner, Blistex
  
  
  
  
  
  

   Bardzo fajny balsam do ust, mam go codziennie pod ręką, świetnie nawilża i eliminuje suche skórki. Usta są odżywione, miękkie i gładkie, balsam tworzy na nich aksamitną wartwę ochronną, długo się na nich utrzymuje, nie skleja ust. Na początku nie podobał mi się zapach, teraz nie zwracam na niego uwagi. Określilabym go jako połączenie wanilii z miętą lub z mentolem, coś w ten deseń. Lekko mrowi, w porównaniu do Carmexa, którego nie mogłam znieść jest to nawet przyjemne uczucie :). Potrzebowałam balsamu w formie słoiczka, z którego możemy nałożyć taką ilość preparatu, jaka jest nam potrzebna, ze sztyftem jest za dużo roboty, kiedy potrzebna jest grubsza warstwa. Kosztuje ok. 10 zł.


INCI: Petrolatum, Lanolin, Candelilla Cera, Ethylhexyl, Parfum, Olea Europaea, Vitis Vinifera, Theobroma Cacao, Aloe Barbadensis, Camphor, Cocoyl Hydrolyzed Soy Protein, Isostearyol Hydrolyzed Collagen, Limonene, Menthol, Saccharin, Thymol. 
  
  
  
   
Seche Vite
  
  
  
  
  
  
   Wpadł w moje ręce jako jeden z elementów pudełka ShinyBox, i został ulubieńcem od pierwszego użycia. Przeszedł istny paznokciowy survival – starcie z gipsem. Po zajęciach z rzeźby całe ręce miałam w zastygającej skorupie,  gips był dosłownie wszędzie, nad, obok, pod paznokciami. Żadnego odprysku, paznokcie były w nienaruszonym stanie. Rzeczywiście przyspiesza wysychanie lakieru, pięknie nabłyszcza i utwardza. Lakier wytrzymał mi z nim cały tydzień z jednym, minimalnym odpryskiem przy krawędzi. Cena: 34 zł / 14 ml.

INCI: Butyl Acetate, Toluene, Cellulose Acetate Butyrate, Isopropyl Alcohol, Trimethyl Pentanyl Diisobutyrate, Butoxyethanol, Dimethicone, Benzophenone-1.



_______________________________



Na koniec bubel:



Żel ze świetlikiem lekarskim i herbatą, Flos Lek
  
  
  
  
  
  

    Po pierwsze – niezbyt higieniczne opakowanie, w które trzeba wsadzić palec, żeby wydobyć żel. Po drugie – skóra pod oczami dziwnie mnie po nim piecze, jest to nieprzyjemne uczucie. Po trzecie wydajność, która jest po prostu tragiczna. Praktycznie dobrnęłam już do dna, a używam go zaledwie od miesiąca. To pierwszy krem pod oczy, który skończył mi się w takim tempie, być może to wina jego konsystencji, nie mam pojęcia. Owszem, jest tani, ale za taką cenę miałam o wiele lepsze kremy…Nie zamierzam do niego wracać. Cena ok. 8 zł.


INCI: Aqua, Pentylene Glycol, Propylene Glycol, Camellia Sinensis Leaf Extract, Euphrasia Officinalis Extract, Panthenol, Triethanolamine, Butylene Glycol, Chamomilla Recutita Flower Extract, Bisabolol, Carbomer, Glucose, Salvia Officinalis Leaf Extract, Althaea Officinalis roqt Extract, Decylene Glycol.



Tak prezentują się moi październikowi ulubieńcy, mam nadzieję, że Wam się podobało :).
Pozdrawiam, trzymajcie się ciepło,
Kasia.

wtorek, 29 października 2013

Savon Noir w akcji!


 Witajcie!

   Dziś przychodzę do Was z pokazową recenzją Savon Noir, Organique. Pokazową dlatego, że każdy etap zabiegu przedstawię Wam dziś w formie fotorelacji :). Mam nadzieję, że nie wystraszę Was za bardzo. Zapraszam do lektury :).

   
   
Opis producenta:
„Savon Noir – naturalne mydło z Maroka wytwarzane tradycyjnymi metodami z czarnych oliwek i oleju oliwnego, znane na całym świecie ze swych właściwości pielęgnacyjnych. Ma wygląd ciemnej pasty, która po zmieszaniu z wodą staje się aksamitną, kremową maską. Savon Noir bardzo delikatnie się pieni, a dzięki swoim właściwościom nawilżającym i eksfoliujacym bardzo skutecznie zmiękcza i odżywia skórę, pozostawiając ją jedwabiście gładką w dotyku.
Zastosowanie: Savon Noir można stosować do każdego typu skóry, zwłaszcza do cer suchych i wrażliwych, także skóry dziecka.”

Skład: Aqua, Olea Europaea (Olive) Oil, Potassium Hydroxide


________________________________


   Mydło testowałam na twarzy, nadaje się ono również do mycia całego ciała.
Skorzystałam z dwóch sposobów użycia, które proponuje producent. Zacznijmy od wersji podstawowej, krok po kroku :).

   Przed nałożeniem mydła należy wykonać demakijaż, za co Was z góry przepraszam :).


  
    

   Po oczyszczeniu twarzy z makijażu nakładamy na nią SUCHYMI palcami cienką wartwę kosmetyku omijając okolice oczu. (To bardzo ważne, żeby nie dopuścić do dostania się wody do kosmetyku ponieważ nie jest on niczym konserwowany i woda doprowadzi do rozwoju niechcianych bakterii.) Jest to nie lada wyzwanie, ponieważ mydło ma przedziwną konsystencję, z którą nigdy wcześniej nie miałam do czynienia. Mam nawet problem z porównaniem tego do czegokolwiek, nie potrafię tego opisać. Bardzo gęsta, lepka, tępa maź? Równomierne rozprowadzenie tego na twarzy jest prawie niemożliwe i zajmuje trochę czasu. Po najbardziej efektywnym rozsmarowaniu, jakim się tylko da, pozostajemy z takimi fajnymi farfoclami na twarzy:

    
    



   Pozostawiamy taką ‘maseczkę’ na twarzy przez ok. 5 minut, po czym zwilżamy palce i masujemy twarz kolistymi ruchami. Jeszcze przez masażem można zauważyć, że mydło z czasem jakby rozpuszcza się na naszej twarzy, topnieje. Przy kontakcie z naszymi wilgotnymi palcami zaczyna się delikatnie pienić i robi się dość lepkie.
   
   
   


    
     
     
Masujemy, masujemy i zmywamy. Ja przy zmywaniu pomogłam sobie szmatką muślinową, następnie spłukałam twarz wodą. Efekt – oczyszczona, gładka cera. Sama się zdziwiłam jak miękka była po tym zabiegu. Na twarzy nie pozostaje żadna mydlana warstwa, jednak ten wariant nie jest zbyt nawilżający. Nie jest to wprawdzie ściąganie takie, jak po użyciu zwykłego mydła, jest dość delikatne, ale jest, co mówi mi, że nie mogę stosować go w tej wersji zbyt często. Jest to świetny sposób na bardziej dogłębne oczyszczanie twarzy dla osób, które nie mogą używać peelingów mechanicznych, ze względu na cerę naczynkową.

   
   

   
    
   ________________________________
    
Wersja druga: Łagodna pasta oczyszczająco-peelingująca


1 łyżeczkę Savon Noir należy wymieszać z 1 łyżeczką glinki i 2 łyżeczkami wody/hydrolatu/olejku. Ja wybrałam glinkę marokańską Ghassoul oraz hydrolat melisowy. 

   
   



Wszystko razem mieszamy aż do uzyskania gęstej pasty. Jest ona krótko mówiąc niemożliwa do uzyskania, ponieważ nasze kochane mydło za nic w świecie nie chce się połączyć z resztą składników. 
   
   
   


Po nałożeniu na twarz otrzymujemy coś takiego:
    



     
Dopiero w trakcie kilkuminutowego masażu, który wykonujemy po nałożeniu, mydło łączy się z glinką i hydrolatem.

   
    




   Jak widać na zdjęciu, pasta jest bardzo lepka, bardziej, niż w przypadku wersji podstawowej.
Po dokładnym wymasowaniu twarzy zmywamy naszą pastę, najlepiej przy użyciu szmatki muślinowej lub ręcznika.



   
   
   
   Pasta świetnie oczyszcza i odświeża, jednak nie ściąga twarzy tak mocno, jak w przypadku wersji podstawowej. Ma większe właściwości nawilżające i nadaje się do bardziej delikatnej cery. W tym przypadku na skórze również nie pozostaje żadna mydlana warstwa.

       
    




   Jestem bardzo zadowolona z efektów pierwszej i drugiej wersji, jest jednak pewna kwestia, która nie urzekła mnie w tym preparacie. Zapach. Niestety jest mało przyjemny w użytkowaniu, ale na szczęście nie utrzymuje się na skórze. O Savon Noir słyszałam już wiele pozytywnych opinii, które teraz mogę potwierdzić. Świetnie działa na skórę, jest delikatny, nadaje się nawet dla dzieci. Musimy jednak bardzo uważać, żeby produkt nie dostał nam się do oczu, w przeciwnym wypadku doświadczymy okropnego pieczenia. Jest bardzo wydajny, na całą twarz wystarczy jedna łyżeczka (5 ml) więc przy stosowaniu raz w tygodniu, jak zaleca producent, opakowanie 200 ml starczy nam aż na 40 użyć, czyli na ok. 280 dni. W takiej skali cena ok. 40 zł nie wydaje się aż taka straszna :). Mogę je z całego serca polecić i jestem pewna, że kiedy dobrnę do dna opakowania, podrepczę po następne :).



Dajcie znać, czy miałyście kiedyś jakieś doświadczenia z Savon Noir.
Mam nadzieję, że Wam się podobało :).
Pozdrawiam, trzymajcie się ciepło,
Kasia.

niedziela, 27 października 2013

Jesień na paznokciach

Witajcie!

   W ostatnim poście wspomniałam o tym, że nieodłącznym elementem jesieni według mnie są ciemne lakiery do paznokci. Dziś zdecydowałam się pokazać Wam te, po które sięgam najczęściej :) Mam nadzieję, że Wam się spodobają. Zapraszam!

   
 Inglot nr 184. 
   




   Piękny bordowy odcień ciemnej, dojrzałej czereśni. Bardzo elegancki i klasyczny, ponadczasowy, z głębią. Idealny na każdą porę roku do krótkich i długich paznokci. Wygląda inaczej w zależności od światła, raz jest prawie czarny, raz prawie czerwony. Co najciekawsze, z powodzeniem mogę uznać, go za tzw. 'dupe', czyli zamiennik dla lakieru Chanel Rouge Noir. Ostatnio w swoim poście pisała o nim Vivianna LINK



   Myślę, że na paznokciach wyglądają niemal identycznie, dlatego jestem bardzo wdzięczna firmie Inglot za ten kolor :).
    
    
    
    
Rimmel Salon Pro, 711 Punk Rock.
    



   Wspaniałe połączenie granatu z szarością. Odcień bardzo uniwersalny, pasuje do sportowego i eleganckiego ubioru. Jeżeli jesteśmy w pośpiechu - wystarczy jedna warstwa dla pełnego krycia, dodatkowo mega szeroki pędzelek bardzo ułatwia aplikację. (Przyzwyczajona do standardowych, wąskich pędzelków na początku nie mogłam się przestawić, teraz maluje mi się nim o wiele lepiej niż wąskim, wystarczy jedno pociągnięcie + ewentualnie mała poprawka do pokrycia całej płytki.)
    
    

     

Anny, 200 Purple Rain.
             
                  
              
              
   Piekny, ciemny fiolet. Zdjęcie robione jest przy świetle słonecznym, w innym świetle momentami wygląda prawie jak czarny. 
   
   
   
   
   
Inglot, nr 974.
   
     
                      
    

   Nietypowy odcień brązu z domieszką szarości, kolor z rodziny 'taupe'. Kolor uniwersalny, stonowany, klasyczny. Pięknie wygląda na paznokciach. W zależności od światla raz jest bardziej brązowy, raz bardziej szary. Myślę, że podobnym odcieniem jest Essie Merino Cool a nawet Chanel Particuliere, za co kolejny raz ogromny ukłon w stronę Inglota. 

      






  
_____________________________________________   
   
Aaale! Żeby nie było tak szaro i ponuro, jesienią noszę również jaśniejsze kolory na paznokciach :) Nie są to ożywcze korale ani cukierkowe róże, ale różne odcienie nude i szarości.
  
  
    
   
Essie, Topless And Barefoot.
  
   


   Przepiękny nude, praktycznie idealnie dopasowany do koloru skóry, zdjęcie tego nie oddaje, ale w pewnym świetle widoczny jest lekko różowy ton. Jeżeli lubicie efekt 'mannequin hands' to jest to idealny lakier :)


   
   
Sensique, nr 145
   
   

   
   Jasny, delikatny odcień szarości. Określiłabym go jako gołębi. Podobny, ale odrobinę ciemniejszy kolor widziałam na paznokciach u Doutzen Kroes:
   
   
  
   
   Podobne odcienie mają w swoich kolekcjach Chanel, MAC:
    
   
Chanel, Frenzy  źródło

    
MAC, Quiet Time źródło



    
Artdeco, nr 72
    
   


   Ciepły odcień nude, jasna 'kawa z mlekiem', również bardzo uniwersalny - elegancki i na co dzień. Kiedyś był to mój ulubiony kolor i to pierwszy lakier, który kupiłam ponownie :). Po zaschnięciu na paznokciach pozostaje piękny połysk, długo się trzyma. 


To by było na tyle, jeżeli chodzi o moje jesienne lakierowe propozycje. Nie raz pewnie zdecyduje się na jakiś 'skok w bok', jednak bohaterowie dzisiejszego posta to jest podstawa mojego manicure. Jeżeli nie wiem, po jaki lakier mam sięgnąć danego dnia, zawsze sięgam po jeden z tych, w których najlepiej się czuję :).
  

Dajcie znać, czy macie jakieś lakiery, które uwielbiacie jesienią i po które sięgacie, kiedy macie jakiś dylemat :)
Pozdrawiam, trzymajcie się ciepło!
Kasia




piątek, 25 października 2013

10 (a właściwie 11) rzeczy, bez których nie wyobrażam sobie jesieni

Witajcie!

W dzisiejszym poście opowiem Wam o rzeczach, bez których nie wobrażam sobie jesieni. Rzeczy miało być 10, w ostatniej chwili wyszło jednak 11. Zapraszam do lektury :).

   
NIE WYOBRAŻAM SOBIE JESIENI BEZ:... 

1. Ciemnych lakierów do paznokci 

   Jesienią, podobnie jak wiele z Was, lubię nosić ciemne kolory i nie chodzi tu tylko o ubrania. Moje paznokcie również przybierają ciemniejsze barwy :) Szczegóły niedługo na blogu :)

2. Swetrów

   Mam ich duużo, są one podstawą mojej jesiennej garderoby :). Kiedy przychodzi ‘depresja’ związana z końcem lata i wakacji przypominam sobie o tym i pocieszam się tym, że niedługo będę miała okazję włożyć jeden z nich.

3. Płaszczy

   Z płaszczami jest podobnie jak ze swetrami. Uwielbiam płaszcze, szczególnie klasyczne, podkreślające sylwetkę, które są świetnym połączeniem elegancji i stylu casual'owego. W tej dziedzinie przoduje u mnie Zara, najczęściej kupowana jednak w Outletach…Nie wiem czy Wy też tak macie, ale ja np. w sklepie Zary często nic nie mogę dla siebie znaleźć, wszystko źle leży, niektóre tkaniny są bardzo średnie i ceny nieadekwatne do jakości. Zarę kupuję prawie zawsze w outletach, tam, o dziwo, wszystko, co mierzę pasuje…Dziwna sprawa.

4. Ciężkich butów

   Kiedy jesienią góra naszej sylwetki poszerza się dzięki płaszczom i ciepłym swetrom lubię dla równowagi nosić ciężkie buty – workery, buty motocyklowe – jak kto woli. Dodatkowo są ciepłe i mają wyższą podeszwę, więc chronią przed jesienną pluchą i błotem :) Moje ulubione, które noszę praktycznie codziennie mogłyście już zobaczyć w TYM poście.

5. Świec

   Jesień bez świec jest jak gwiazdka bez śniegu – do kitu. Świece tworzą cudowny klimat we wnętrzu, nagle robi się przytulnie, ciepło, domowo…:). W tym roku zawzięcie testuję Yankee Candle i szukam odpowiedniego zapachu dla siebie. Niedługo pojawi się post o zapachach, które zebrałam do tej pory.


6. PODJADANIA. Ugh...

   Niestety, kiedy wieczory robią się coraz dłuższe i za oknem jest coraz chłodniej, mój organizm przestawia się na tryb ‘gromadź zapasy’. Spójrzmy prawdzie w oczy, jesienią podjadamy najwięcej. Aby wiosną nie obudzić się z niezłą nadwyżką kilogramów, staram się wybierać zdrowe rzeczy. Moim ostatnim odkryciem są suszone truskawki. Są naprawdę chrupiące, a nie gąbczaste i na pewno lepsze niż chipsy i ciastka. Dla zdrowotności staram się też jeść jagody goji, ich smak nie jest jednak jakoś specjalnie przyjemny, dlatego dodaję je do herbaty. Warto wybierać też orzechy (starajcie się jednak unikać zbyt dużych ilości orzeszków ziemnych, tak naprawdę to nie orzechy, lecz krewny fasoli, pochodzący z rodziny bobowatych, ma zdecydowanie mniej wartości odżywczych niż orzechy nerkowca, za to o wiele więcej tłuszczów nasyconych), pestki z dyni, orzeszki piniowe, migdały, suszone śliwki czy morele.




7. Herbaty

   Herbata jest nieodłącznym elementem jesieni. Wspaniale rozgrzewa i odpręża po ciężkim dniu. Jestem jej ogromną pasjonatką, co raz przynoszę do domu nowe, dziwne pudełeczka. Staram się wybierać herbaty troszkę droższe, ale lepsze, takie, które wyglądają jak prawdziwa herbata a nie przemielone…nie-wiadomo-co. Uwielbiam, kiedy w herbacie widoczne są kawałki suszonych owoców, kwiatów i ziół. Jedną z moich ostatnio ulubionych herbat jest Clipper Detox. Wiele z Was zna pewnie to uczucie, kiedy coś wąchacie lub próbujecie i nagle przypomina Wam się coś przyjemnego z dzieciństwa. Ta herbata swoim smakiem przypomina mi okrągłe kolorowe chrupki kukurydziane, które kiedyś dostawałam od mojej prababci za każdym razem, kiedy ją odwiedzałam. Wspaniałe wspomnienia :) (Pije ją właśnie w tej chwili, mmm…Chrupki :))




8. Długich, gorących kąpieli

   Jestem zmarzlakiem, więc lubię ciepełko. Uwielbiam długie rozgrzewające kąpiele, z dodatkiem olejków, soli, rozpuszczalnych kul i kostek, często przy świecach. Niestety, nie mogę z tego przywileju zbyt często korzystać, ze względu na pękające naczynka na nogach…:(


9. Grubych, kolorowych skarpetek

   Nie lubię kapci, latem najczęściej po domu chodzę boso, jesienią i zimą lubię za to nakładać grube, mięciutkie kolorowe skarpetki :) Często nakładam je na noc na grubą warstwę kremu do stóp, które rano są dzięki temu cudownie mięciutkie i nawilżone :)

10. Cięższych perfum

   Moim obecnym faworytem jest, nieco przeze mnie zapomniana, Chanel, Coco. Wystarczy jedno psiknięcie - chyba, że chcecie, aby wszystkim dookoła kręciło się w głowie ;)
Zapach klasyczny, bardzo elegancki, mocny. Idealny na jesień :) 


11. Balsamów wszelkiej maści

   Do ust, do ciała, do rąk, do stóp…Moja skóra jesienią, oprócz tej na twarzy, wchodzi w okres suszy. Niskie temperatury, wiatr, suche powietrze w pomieszczeniach, dodatkowo może jakiś brak witamin niestety robią swoje i bez balsamów ani rusz. Nie byłoby w tym żadnego problemu, gdyby nie jeden mały szczegół – nie cierpię smarować się balsamami. Nie cierpię wrażenia ‘tłustych’ dłoni i czekania, aż balsam się wchłonie…Najzwyczajniej w świecie jest mi wtedy ZIMNO :P. 



Pozostając w jesiennym klimacie - na koniec kilka zdjęć z dzisiejszego spaceru :)



Trzy, cztee-ryyy...już mogę? Ok, to rzucam!






Mam nadzieję, że Wam się podobało :) Koniecznie napiszcie mi, czy macie jakieś rzeczy, bez których Wy nie woybrażacie sobie jesieni :) 
Pozdrawiam, trzymajcie się ciepło!
Kasia :)






czwartek, 17 października 2013

Jesień na ustach

Witajcie!

   Dziś krótki post, w którym pokażę Wam moje dwa ulubione kolory pomadek na jesień. Będzie naturalnie i 'z charakterem' :).
































   Jeżeli widziałyście moich sierpniowych i wrześniowych ulubieńców (SIERPIEŃWRZESIEŃ) to być może kojarzycie te dwie pomadki. Nadal sięgam po nie najczęściej z mojej małej kolekcji :)


   
Pierwsza z nich to Shiseido BE 208, jak dla mnie, może nietypowy, ale idealny nude, ciepły, lekko różowy odcień, może troszkę brzoskwiniowy.  Oceńcie same, ja go uwielbiam :) Ma kremową konsystencję, gładko sunie po ustach, nie podkreśla suchych skórek i nie wysusza.













































   Kolejna pomadka to Maybelline 338 Midnight Plum. Odcień bardzo wyrazisty, ciemny i raczej nie na co dzień. Ja na takie kolory muszę mieć 'nastrój', w przeciwnym wypadku zamiast czuć się pewnie, czuję się źle i nieswojo. Pomadkę możemy nakładać warstwowo w zależności od efektu jaki chcemy uzyskać, kolor łatwo się buduje. Ładnie wygląda też wklepana palcami :).












































Na obu zdjęciach pierwsze ujęcie jest z lampą, pozostałe w naturalnym świetle. 


   Na koniec chciałabym Wam pokazać jak prezentuje się zielony cień z mojej paletki Inglota (poprzedni post) na powiece. Nie jest to żaden tutorial makijażowy, nie uważam się za osobę, która mogłaby kogoś uczyć makijażu, bo nie jestem w tym temacie żadnym ekspertem :). Zieleń znajduje się przy linii górnych i dolnych rzęs, w zew. kąciku nałożyłam środkowy cień, również z paletki (KLIK), w wew. kąciku cień z Sephory w kolorze nr 68.








































Czy Wy macie jakieś kosmetyki, po które chętniej sięgacie jesienią i zimą? 
Trzymajcie się ciepło, 
Kasia