piątek, 7 lutego 2014

NYX Taupe Blush.

Witajcie!




   Róż w odcieniu Taupe NYX jest jednym z tych produktów, o których słyszał już chyba każdy. Kosmetyk w niepozornym, mało atrakcyjnym opakowaniu okazał się być idealnym przykładem na to, że nie należy oceniać książki po okładce. Totalny must-have, hit kosmetycznej strony Internetu, który wyszedł poza swoje ramy i oprócz bycia ‘tylko’ różem stał się idealnym produktem do konturowania. Tylko ten, kto poznał trud poszukiwań tego perfekcyjnego, zimnego, brudnego odcienia brązu, który stworzyłby na naszej twarzy imitację cienia pod kością policzkową, zrozumie jak ogromną satysfakcją jest posiadanie takowego w swoich łapkach. W moim przypadku fascynacja tym różem przychodziła falami, pamiętałam, zapominałam, pamiętałam i znów zapominałam. Przeważnie w momentach, kiedy moja desperacja dobijała do ‘punktu krytycznego’ okazywało się, że nigdzie nie mogę go dostać, aż w końcu moje męki zostały skrócone i róż objawił się na allegro.







   Ale, ale! Żeby nie było tak pięknie, słodko i błogo – nie od razu byłam nim aż tak zachwycona. Kiedy rozpakowałam przesyłkę i zobaczyłam go po raz pierwszy byłam zdziwiona bo w opakowaniu wygląda na dość ciemny i mniej ‘brudny’ niż się spodziewałam. Wystarczyła jedna aplikacja i porównanie z innym, kultowym już, produktem – The Balm, Bahama Mama, żebym zmieniła zdanie.


   Produkt w Polsce dostępny jest chyba wyłącznie on Line, przy czym również trzeba mieć szczęście, żeby na niego trafić – raz jest, raz go nie ma. Za pojemność 4 gramów zapłacić musimy ok. 30 zł, czyli porównywalnie do ok. 60 zł za 7 gramów Bahama Mama. Róż niestety wyprodukowano w Chinach, na szczęście nie był testowany na zwierzętach. Składem nie zachwyca, zawiera silikony i parabeny wysoko w składzie ale trudno, coś za coś. Przy nabieraniu go pędzlem (palcami nie polecam, ponieważ łatwo zrobić na nim ‘skorupkę’, jeżeli próbowałyście kiedyś używać cieni na mokro, które nie są do tego przeznaczone, to będziecie wiedziały o co mi chodzi) praktycznie nie pyli, co jest zdecydowanie jego plusem.







   Ciężko zdefiniować  jego odcień ponieważ w każdym świetle wygląda inaczej. Jest brudnym brązem, który ma w sobie szarawe i różowe tony, nie dopatrzymy się tu żadnej ciepłej nuty ani żadnych drobinek – jest w 100% matowy. Kolor jest idealny, wprost stworzony do konturowania, szczególnie dla osób, które mają chłodną, jasną karnację.









   Róż-bronzer jest słabo napigmentowany, co w przypadku większości produktów do makijażu byłoby ich wadą – jednak nie w tym wypadku. To właśnie słaba pigmentacja sprawia, że nawet największe ‘bladziochy’ nie zrobią sobie nim krzywdy. (Musiałam się nieźle namachać pędzlem, żeby zrobić swatch na ręce). Kolor możemy łatwo budować nie martwiąc się o to, że zrobimy sobie nim plamy. Łatwo się rozciera, daje BARDZO naturalny, delikatny efekt, tworzy ten upragniony cień w miejscach, w których go nam brakuje. Dla mnie jest produktem wielozadaniowym – stosuję go do konturowania oraz do podkreślenia załamania powieki. Dla osób, które mają małe usta idealnie nadałby się do ich uwydatnienia – wystarczy, że nałożymy odrobinkę na środku pod krawędzią dolnej wargi, ta od razu wyda się pełniejsza.




porównanie z Bahama Mama, The Balm:











   Produkt zdecydowanie wart uwagi i swojej ceny. Marzy mi się jednak Sculpting Powder Kevyna Acuoin, być może kiedyś się w końcu zdecyduję, wtedy na pewno porównam oba te kosmetyki :).



Skusiłybyście się? Może już go macie w swojej kolekcji? Co o nim sądzicie? :)
Pozdrawiam, trzymajcie się ciepło,
Kasia.



środa, 5 lutego 2014

Essie, Encrusted Treasures, Belugaria.

Witajcie!



"Kolekcja ta zrodziła się z pragnienia stworzenia czegoś, co będzie niezwykle romantyczne i magiczne. Kobiety tak rzadko mają okazję wkładać na siebie piękne klejnoty czy misternie wykończone, balowe suknie, a przecież jesteśmy spragnione przepychu. Dzięki tym sześciu pełnym blasku odcieniom możemy nosić klejnoty na co dzień.


"To moje modus operandi, które pomaga mi w dążeniu do perfekcji. Aby skomponować idealną mozaikę elementów dla mojej nowej, luksusowej kolekcji, Encrusted Treasures, przeprowadziłam dogłębne poszukiwania. Wspaniałe, przypominające kawior, korale, soczyście połyskujący brokat i wyszukane, holograficzne materiały stały się podstawą do stworzenia wyjątkowych lakierów. Misterne, delikatne kompozycje o spektakularnej fakturze i drobnych detalach, które charakteryzują najbardziej luksusowe, zdobione koralami koronki haute couture – nowe lakiery wynoszą sztukę manicure na zupełnie nowe, bogato zdobione wyżyny.” - Essie Weingarten.





   Karnawałowa kolekcja Encrusted Treasures jest dostępna w sprzedaży od stycznia 2014 i składa się z 6 lakierów: Belugaria, Peak of chic, On a silver platter, Lots of Lux, Ignite the Night oraz Hors d’oeuvres.














   Z całej gamy wybrałam lakier o nazwie Belugaria opisywany jako ‘holograficzna koronka hebanowej czerni’. Czy jest romantycznie i magicznie, wyjątkowo, misternie i z przepychem? Oceńcie same :).
















   W głębokiej, prawdziwie hebanowej czerni zatopione są holograficzne świecidełka i drobiny nadające lakierowi jego strukturę. Spodziewałam się płaskiego, piaskowego matu, a tu niespodzianka - lakier po wyschnięciu nie traci swojego połysku, sprawia wrażenie lekko mokrego. Drobiny są większe niż w przypadku piasków, przez co bardziej przypominają ‘kawior’ Ciate. Wszystko razem rzeczywiście daje wielowymiarowy efekt, nie można mu tego odmówić. Przyznam się Wam szczerze, że czegoś podobnego jeszcze nie widziałam, więc z tym, że jest to pewnego rodzaju nowość również się zgodzę, jednak nie powiedziałabym, że są to ‘wyżyny’.



   Lakier ma dość rzadką konsystencję, jednak przez wielkość i dużą ilość drobin i brokatu nałożenie cienkiej warstwy to nie lada wyzwanie. Dwie warstwy, potrzebne do pełnego krycia, wysychają momentalnie. Pojemność - standardowo dla lakierów Essie – 13.5 ml, jest to wersja wyposażona w wąski pędzelek. Trwałość – bardzo średnia, po pomalowaniu paznokci rano i dość częstym myciu rąk w ciągu dnia odpryski pojawiły się już tego samego wieczora. Przez to, że drobiny są dość spore i mocno odstają paznokcie ‘haczą’ o ubranie i włosy, co mnie osobiście doprowadza do szewskiej pasji.


    Co do samego wyglądu… Mam dylemat, wszystko w tym lakierze jest gdzieś ‘pomiędzy’ – ani to piasek, ani kawior, ani brokat, ani on piękny, ani okropny. W jednej chwili mi się podoba, w drugiej jestem kompletnie na ‘nie’. W świetle dziennym bez słońca staje się szkaradny, płaski, nijaki, w słońcu i sztucznym świetle pięknieje, nabiera innego wyrazu, budzą się holograficzne drobiny, mienią się różnymi kolorami tęczy. W nocy piękny, za dnia zaś szkaradny, brzmi jak klątwa, to tu tkwi ta cała magia?




w słońcu:












w sztucznym świetle:











bez słońca ):







   Przepych jest, jeżeli wziąć pod uwagę ilość dodatków w lakierze - bogactwo jest, misterność na swój sposób również, (czarna) magia też. Wydaje się, że wszystko gra, opis producenta, jak się głębiej wczytać, w sumie odpowiada rzeczywistości – karnawał jak się patrzy, jednak miałam się poczuć jak ‘córka cara’ a wyszło trochę jak… ’faszyn from raszyn’. Mam mieszane odczucia, nie zachwycił mnie ani nie zniechęcił, nie jestem ani na tak, ani na nie.




Dajcie znać co Wy o nim sądzicie,
Pozdrawiam Was ciepło,
Kasia.




poniedziałek, 3 lutego 2014

Ulubieńcy stycznia 2014.

Witajcie!


   Witajcie po przerwie, która spowodowana była, jak się pewnie wiele z Was domyśla – sesją. Paradoksalnie w moim przypadku skończyła się zanim tak naprawdę się zaczęła, wszystkie egzaminy udało mi się zdać w terminie zerowym, jednak to czas ‘przed’ na moim kierunku jest najbardziej gorący – oddanie goni oddanie i zdanie ‘nie śpię bo studiuję architekturę’ cudownie odzwierciedla ten okres. Na samym końcu pochwalę się Wam jednym z projektów, który musiałam wykonać na wzornictwo :).

   Dziś, jak mówi tytuł posta, przychodzę do Was ze styczniowymi ulubieńcami. W związku z nawałem pracy i brakiem czasu makijaż w tym miesiącu zszedł na dalszy plan a moja pielęgnacja skupiła się głównie na regeneracji i naprawie zniszczeń wywołanych przez wielki mróz i silny wiatr. Zapraszam do lektury :).




   







   Moje włosy w tym miesiącu naprawdę dostały w kość. Ocieranie się o sztuczny materiał kurtki, mróz, silny wiatr, para wodna z ust, dosłowne zamarzanie – wszystko to sprawiało, że były w nienajlepszej kondycji. Włosowym ulubieńcem pozostaje maska Natur Vital aloes i jałowiec dodatkowo zmieszana z bananową odżywką z The Body Shop. Odżywka samodzielnie się u mnie nie sprawdziła, była po prostu za lekka, chcąc w końcu ją zużyć zaczęłam mieszać ją na dłoni z maską. Moje włosy pokochały takie połączenie, są niesamowicie gładkie, nawilżone i błyszczące. W styczniu odkryłam również kolejny szampon z Yves Rocher z oczarem wirginijskim, czy jak to nazywa producent – hamamelisem. Jest naprawdę łagodny, mam wrażenie, że nawilża moje włosy, są po nim gładkie, miękkie i wyjątkowo świetnie się układają. Pobił chyba wszystkie dotychczasowe ulubione szampony, jest na pewno lepszy od jego bratniej wersji dodającej objętości :).








    Moja twarz również odczuła negatywne skutki mrozu i silnego wiatru – stała się przesuszona, odwodniona i doświadczyłam łuszczenia się w najbardziej przetłuszczającej się partii – na nosie. W opanowaniu sytuacji przyszły mi na pomoc trzy produkty – Alpha H, Balancing Cleanser with aloe vera, Salcura, Face Hydrator oraz Seba Med, Care Gel. Kremowy balsam do mycia twarzy od Alpha H jest wyjątkowo łagodny – nie odczułam żadnego ściągania, skóra jest nawilżona i chroniona delikatną warstewką, która nie powoduje żadnych wyprysków ani zapychania. Krem do twarzy Salcura ma tak cudowny, naturalny skład, że to po prostu wydaje się zbyt piękne, żeby było prawdziwe. A jednak. W tym wypadku również nie doświadczyłam wysypu zaskórników, moja skóra jest miękka i nawilżona. Krem zostawia na skórze delikatną, aksamitną warstewkę, która w żadnym wypadku nie jest tłusta ani lepka – świetnie nadaje się pod makijaż, nie wpływa negatywnie na jego trwałość. Żel Seba Med kupiłam ze względu na składnik, który w pewnym stopniu czyni go odpowiednikiem tak szeroko omawianego ostatnio Hydraluron’u, niedostępnego niestety w Polsce. Nie zawiera żadnych zapychaczy, wchłania się do matu, ma działanie nawilżające – dla cer suchych, normalnych i mieszanych świetnie sprawdza się jako nawilżające serum pod krem, dla cer wyjątkowo tłustych mógłby być wystarczający stosowany samodzielnie. O wszystkich tych trzech produktach zamierzam napisać niedługo więcej, także jeżeli coś Was zainteresowało – wypatrujcie posta :).








    W pielęgnacji dłoni i stóp prym wiedzie Tołpa. Pomimo chodzenia w rękawiczkach moje dłonie naprawdę źle znoszą mróz. Są ekstremalnie przesuszone, szorstkie i gdzieniegdzie nawet popękane. Pomimo tak dużych szkód, Regenerujący krem-koncentrat do rąk radzi sobie świetnie. Stosuje go głównie ze względu na wyjątkowo szybkie wchłanianie i bardzo dobry poziom nawilżenia, co nie zawsze idzie ze sobą w parze. Jeżeli chodzi o stopy – moim kremem WSZECHCZASÓW jest Tołpa, Dermo pedi, Med – regenerujący krem-maska do stóp. Coś niesamowitego. Muszę się Wam przyznać, że przez nawał pracy na uczelnie niektóre partie mojego ciała, w tym stopy, traktowałam trochę po macoszemu… Śmiałam się niedawno, że gdybym była mężczyzną, pewnie wyglądałabym teraz jak Rumcajs, który właśnie wyszedł z jaskini. Ten krem niweluje zrogowacenia, cudownie nawilża i jest zdecydowanie najlepszym kremem, który stosowałam do tej pory. Pobił masło shea, kremy z Avonu, Gehwol, Isany, Dax i innych, plasujących się w czołówce KWC na Wizażu marek.









   W styczniu nie miałam czasu na makijażowe eksperymenty, popadłam nieco w rutynę i postawiłam na naturalność. Kilka kosmetyków jednak się wyróżniało i sięgałam po nie zdecydowanie częściej niż po pozostałe – MAC, Pro Longwear Concealer, Nyx, Taupe Blush, kredka do brwii Catrice Eye Brow Stylist w odcieniu 02 oraz róż Bourjois w kolorze 34 – Rose D’Or, zakupiony w promocji w Rossmannie. Korektor pod oczy MAC świetnie kryje i jest wyjątkowo lekki w konsystencji, nie zbiera się w załamaniach i wygląda bardzo naturalnie. Róż Nyx to mój idealny odcień do konturowania. Początkowo miałam do niego pewien dystans, wydawał mi się dość ciemny i brudny, jednak zmieniłam zdanie po pierwszym użyciu :) O nim również będziecie mogły przeczytać więcej już niebawem. Kredka Catrice świetnie nadaje się do szybkiego podkreślenia brwii, jest dość twarda więc łatwo stopniować efekt, utrzymuje się cały dzień, odcień 02 idealnie nadaje się do chłodnej karnacji. Róż Bourjois ma cudowny uniwersalny odcień, który jest bardzo zbliżony do koloru naturalnego rumieńca, bardzo delikatnie rozświetla i ożywia twarz, nadaje świeżego i zdrowego wyglądu.  Do tego ten zapach…<3

   Do nawilżania ust w tym miesiącu najczęściej używałam pomadek ochronnych Burt’s Bees. Są aksamitne i bardzo odżywcze. Nie lepią się i nie zostawiają tłustej, błyszczącej powłoki jak w przypadku wazelinowych pomadek. Śmiało mogłabym powiedzieć, że są ‘sztyftowymi’ odpowiednikami Reve de miel ze słoiczka. Z dwóch wariantów – z olejkiem z granatu oraz miodowej, zdecydowanie wolę tę drugą – niestety gdzieś mi się zagubiła i przez większość miesiąca używałam tej z granatem. Czerwona wersja nie odbiega od miodowej jeżeli chodzi o sposób działania, natomiast ma dość specyficzny zapach, który niekoniecznie jest przyjemny.  




   A teraz coś, czym między innymi zajmowałam się w ostatnim czasie – karmnik dla ptaków. Projekt jest być może mało funkcjonalny, często trudno ze swoją wizją przebić się przez wizję wykładowcy, po części mi się to jednak udało, z czego jestem dumna :).  








   I dodatkowa rzecz, nie mogłam się powstrzymać, żeby się nie pochwalić – prezent Walentynkowy od M. – pierścionek Pandory. Dostałam go już teraz, ponieważ M. musiał wyjechać, nasze wspólnie spędzone Walentynki stoją pod znakiem zapytania, a pierścionek to coś w rodzaju niezapominajki :). Jest przepiękny…<3. Być może spodoba Wam się na tyle, że same zechcecie ujrzeć go na swoim palcu 14-ego? Dajcie znać :).









Zapraszam na mojego instagrama oraz do polubienia bloga na fb,
pozdrawiam Was serdecznie, trzymajcie się cieplutko,
Kasia.



wtorek, 14 stycznia 2014

Co możesz zrobić sama, aby poprawić stan swojej skóry?

Witajcie!


   W poprzednim poście pisałam o tym, jakie badania powinno się wykonać przed rozpoczęciem leczenia trądziku. Dziś opowiem Wam, również z własnego doświadczenia, co możemy zrobić same, aby poprawić swoją cerę. Będą to proste rzeczy dotyczące głownie pielęgnacji lub makijażu, na które często nie zwracamy uwagi. Jeżeli jesteście ciekawe – zapraszam :).









1.       Najpierw włosy, później twarz. Chodzi mi konkretnie o mycie :). Najpierw umyjcie głowę, później twarz, co pozwoli na usunięcie z niej ewentualnych pozostałości po środkach do pielęgnacji włosów, które mogą przyczynić się do powstawania zaskórników.

2.       Aby uniknąć przenoszenia bakterii twarz po umyciu najlepiej wytrzeć ręcznikiem papierowym lub chusteczkami. Wilgoć i martwe komórki naskórka znajdujące się na materiałowym ręczniku wiszącym w łazience (dodajmy do tego niezamykanie deski klozetowej i wznoszące się w powietrze ‘paskudy’ przy każdorazowym spłukaniu wody) to zielone światło dla namnażania się bakterii, więc używajmy czegoś, co jest jednorazowe.

3.       Pozostając w temacie mycia – nie używajcie zbyt drażniących żeli do mycia twarzy. Nasza skóra ma kwaśny odczyn pH, zbyt silnie działające żele zdzierają z niej tę kwasową powłoczkę zmieniając jej odczyn na zasadowy (alkaiczny). To z kolei oznacza, że po raz kolejny zapewniamy idealne środowisko do rozwoju bakterii.

4.       Pamiętajcie o systematycznym, każdorazowym czyszczeniu pędzli. Resztki makijażu, sebum + komórki naskórka to znów nie jest najlepsze połączenie.

5.       Zapomnijcie, że Wasza skóra jest mieszana lub tłusta. Nie używajcie kremów przeznaczonych do tego typu cer ponieważ większość z nich zamiast pomagać tak naprawdę szkodzi. Często zawierają one w sobie alkohol i inne środki przyczyniające się do wysuszenia naszej skóry, nie mają wystarczającego działania nawilżającego, co skutkuje jeszcze większą produkcją sebum. Stosujcie lekkie kremy nawilżające, które nie będą miały w sobie składników komedogennych. Do tego przyda Wam się punkt kolejny, ale o tym za chwilkę. Prawda jest taka, że większość dermo kosmetyków przeznaczonych do skóry trądzikowej ogólnodostępnych w drogeriach zawiera w sobie składniki, które mogą trądzik nasilać. To jest dla mnie NIE-PO-JĘ-TE, ale takie są niestety fakty.

6.       Nauczcie się czytać składy. W ten sposób dowiecie się, czym ‘karmicie’ swoją skórę. Unikajcie silikonów – dimethicone, cyclometicone itd., parafiny – paraffinum liquidum, mineral oil, paraffin, kwasu stearynowego – stearic acid oraz lanoliny – lanolin. Jest wiele stron i blogów z opisami poszczególnych składników – zanim kupicie krem, sprawdźcie jego skład w Internecie. Nikt nie jest chodzącą encyklopedią, sama korzystam z pomocy, dlatego odsyłam Was do listy składników komedogennych na blogu Aliny KLIK. I coś, co mogę dodać z własnego doświadczenia z konsultantkami w aptekach i drogeriach. Nie ufajcie im i nie słuchajcie ich, chyba, że macie ochotę się pośmiać. Nie pytajcie ich o kremy bez silikonów bo one nawet nie mają pojęcia jaką nazwę ma silikon w składzie. Kiedy zadawałam podobne pytania przeważnie spotykałam się ze zdziwionym, tępym spojrzeniem i czytaniem etykietki, co mogę przecież zrobić sama. Praktycznie za każdym razem odpowiedzią, jaką słyszałam było „Nie wiem, wie Pani…”. Nie mówię, że każda konsultantka ma wiedzę o kosmetykach na poziomie dżdżownicy, nie chcę w tym momencie nikogo obrażać, jednak nie trafiłam jeszcze na osobę, o której mogłabym powiedzieć coś lepszego…

7.       Jeżeli nosicie rozpuszczone włosy związujcie je kiedy np. jesteście w domu. Włosy również przenoszą wiele bakterii, których nie chcemy na twarzy.

8.       Warto do swojej pielęgnacji włączyć nienasycone kwasy tłuszczowe (NNKT). Jeżeli Wasz krem jest zbyt lekki dodajcie do niego kilka kropel olejku z wysoką zawartością NNKT. Nienasycone kwasy tłuszczowe nie powodują rogowacenia ujścia mieszków włosowych, czyli nie powodują powstawania zaskórników. Ze swojej strony mogę gorąco polecić olej z pestek arbuza – u mnie sprawdził się genialnie a skórę mam wybitnie skłonną do ‘zapychania’.

9.       Jeżeli podczas snu opieracie głowę na rękach warto zwrócić uwagę na skład balsamu do ciała, którym smarujecie się po kąpieli. Składniki, które mają zbyt duże cząsteczki by się wchłonąć i pozostają na powierzchni tworząc tzw. warstwę okluzyjną, np. parafina lub silikony mogą przenieść się na Waszą twarz powodując zaskórniki i wypryski.

10.   Włączcie do swojej pielęgnacji kwasy i/lub retinol. Naprzemiennie stosujcie je na noc - jednego dnia kwasy, drugiego retinol, nigdy razem. Kwasy delikatnie złuszczają martwy naskórek, ogaszają stany zapalne i, w co najtrudniej było mi uwierzyć, nawilżają. Retinol, pochodna witaminy A (retinoidy stosowane w leczeniu dermatologicznym to również pochodna Wit. A) oprócz działania przeciwstarzeniowego ma również działanie antytrądzikowe.

        W Internecie od pewnego czasu aż wrze od informacji o tym, że przy stosowaniu kwasów, np. toników z kwasami i retinolu KONIECZNE jest używanie wysokiego filtra przeciwsłonecznego. Na szczęście to nie prawda. Stężenia kwasów i retinolu w kosmetykach dostępnych w drogeriach są na tyle niskie, że nie uwrażliwią naszej skóry na słońce i nie spowodują żadnych uszkodzeń, nie ma więc się czego obawiać. Natomiast jeżeli robicie takie toniki same z gotowych półproduktów – to zmienia postać rzeczy. W takich wypadkach najlepiej wybierać kwas migdałowy i glikolowy ponieważ są one stosunkowo łagodne. Ich stężenie nie powinno jednak przekraczać 10% - większe stężenia zarezerwowane są dla specjalistów, np. dermatologów, twarz mamy jedną więc lepiej nie przeprowadzać na niej takich eksperymentów, chyba, że chcemy skończyć z poparzeniami i bliznami. W przypadku stosowania kwasów pamiętajmy o tym, że przy pierwszych oznakach zaczerwienienia lub szczypania należy zastosować neutralizator lub np przetrzeć skórę wodą. Nawet jeżeli używamy toniku z kwasem.
  
J       Jeżeli chodzi o używanie filtra przeciwsłonecznego – owszem, jest to bardzo korzystne dla naszej skóry i zapobiega przedwczesnym oznakom jej starzenia się spowodowanym głownie promieniowaniem UVA, jednak jest to indywidualna sprawa, czy chcemy z niego korzystać, czy nie. Osobiście nie używam dodatkowego filtra oprócz podkładu, bardzo ciężko dobrać jest odpowiedni filtr do cery problematycznej. Warto również mieć na uwadze fakt, że filtr przeciwsłoneczny powinien być ostatnią warstwą na naszej twarzy dla pełnej ochrony, co wyklucza makijaż. Powinno się go również w ciągu dnia kilkukrotnie reaplikować ponieważ po pewnym czasie traci swoje właściwości. Ja do takich ceremoniałów nie mam cierpliwości i wolę się cieszyć życiem, niż je sobie uprzykrzać.

11.   Zmieńcie podkład na w 100% mineralny. Takie podkłady nie zawierają w sobie silikonów ani innych zapychaczy, są to czyste minerały więc mogą mieć delikatny wpływ na poprawę stanu naszej skóry, są również naturalnym fizycznym, niewysokim co prawda, filtrem UV (15 – 20 SPF).

12.   Przedostatnia rzecz i dla wielu, w tym dla mnie, najtrudniejsza do spełnienia. Nie wyciskajcie lub starajcie się robić to najrzadziej, jak możecie. Sama niestety często tracę cierpliwość :< Starajcie się nie ‘gmerać’ przy twarzy, nie zdrapywać strupków, po prostu jej nie dotykać. Często mamy brudne ręce, twarz również w ciągu dnia jest brudna, dotykając jej i rozdrapując strupki roznosimy bakterie przyczyniając się do tzw. trądziku neuropatycznego, czyli takiego, który przez wyżej wymienione zachowanie fundujemy sobie sami.

1.       Ograniczcie ilość kosmetyków kolorowych nakładanych na twarz. Kolejna dodatkowa warstwa nie pomoże w odblokowaniu porów, może negatywnie wpłynąć na wydzielanie łoju i przyczynić się do powstawania wyprysków. Na pewno zrezygnowałabym z codziennego stosowania bazy pod makijaż.



Dodałybyście coś do tej listy? Stosujecie się do któregoś z tych punktów?
Pozdrawiam, trzymajcie się ciepło,

Kasia.

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Trądzik - jakie badania wykonać, kiedy zaczynamy leczenie?

Witajcie!


    Kiedyś trądzik przypisywano jedynie nastolatkom jako schorzenie skóry związane z okresem dojrzewania. Dziś cierpią na niego nawet osoby dojrzałe, stał się niemalże chorobą cywilizacyjną ze względu na nasz tryb życia, środowisko, w którym żyjemy oraz dietę bogatą w konserwanty, wypełniacze, stabilizatory, wzmacniacze smaku i wiele innych substancji chemicznych, których nie sposób całkowicie wykluczyć. Każdy trądzik jest inny – pomimo określonego rodzaju u każdej osoby przebiega inaczej, nie da się więc ustalić jednej konkretnej przyczyny, która pasowałaby do wszystkich przypadków. Sama walczę z trądzikiem (konkretnie zaskórnikowo-grudkowym), więc dziś z własnego doświadczenia opowiem Wam, co należy zbadać aby właściwie określić jego przyczyny. Bez odpowiedniej diagnozy nigdy nie ma odpowiedniego leczenia, warto więc wiedzieć od czego zacząć aby nie męczyć skóry, żołądka i portfela nieodpowiednimi lekami. W następnym poście opowiem Wam również co możecie zrobić same aby poprawić stan Waszej skóry zanim zaczniecie bardziej inwazyjne leczenie. Zapraszam!









1.       Hormony, hormony, hormony. Są jedną z najczęstszych przyczyn powstawania trądziku. Największy wpływ na stan naszej skóry mają androgeny (męskie hormony), w tym testosteron i kortyzol. Ich podwyższony poziom powoduje zmiany skórne, pojawianie się męskich cech, w tym nadmiernego owłosienia, tycie oraz problemy z płodnością (m. inn. zespół policystycznych jajników). Warto zbadać również tarczycę oraz żeńskie hormony – prolaktynę i estrogen.

2.       Wymaz ze zmian skórnych oraz antybiogram – bez wymazu skórnego nie dowiemy się czy i jaka bakteria jest winowajcą naszych problemów natomiast bez antybiogramu nie będziemy w stanie stwierdzić na jakie antybiotyki dana bakteria jest odporna. Rozpoczynanie terapii bez tych dwóch wyników jest bezcelowe – szanse na trafienie w odpowiedni lek na ślepo są tak samo duże jak na wygranie w totolotka - ucierpi na tym nasz portfel oraz żołądek.


3.       Testy alergologiczne. W niektórych wypadkach przyczyną trądziku może być po prostu alergia lub nietolerancja pokarmowa, np. laktozy. Na zrobienie takich testów nie trzeba koniecznie czekać na sezon jesienno/zimowy, kiedy w powietrzu przestają unosić się pyłki i inne alergeny, można wykonać je w ciągu całego roku z krwii.


4.       Badaniem, które możemy przeprowadzić same w domu, jest obserwacja naszej skóry i jej reakcji na pokarmy. Odstawiamy cukier, czyli wszystkie słodkości i słodkie napoje, ocet, czyli musztardę, ketchup, przetwory z zalewą octową, sosy winegret na bazie octu (który możemy zastąpić sokiem z cytryny), pikantne potrawy oraz żywność wysoko przetworzoną (wszelkiego rodzaju śmieciowe jedzenie) i patrzymy, co się będzie działo. Może się okazać, że któryś z tych składników przyczynia się do złego stanu naszej cery – jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie.


5.       Helicobacter Pylori. Jest to pałeczkowata bakteria, która atakuje i zasiedla głównie żołądek. Powoduje zapalenia błon śluzowych, owrzodzenia a nawet raka organów układu pokarmowego. Uważa się, że może ona być również przyczyną chorób skórnych takich jak trądzik różowaty, atopowe zapalenie skóry czy przewlekła pokrzywka.


6.       Pasożytylamblie i glista ludzka. Niestety drobnoustroje chorobotwórcze są wszędzie dookoła i często, pomimo odpowiedniej higieny, nie mamy wpływu na to, czy zostaniemy nimi zarażeni, czy nie. Dla wielu osób jest to sprawa bardzo krępująca i pewnie ostatnią rzeczą, o której byśmy pomyśleli to fakt, że możemy mieć w sobie ‘pasażera na gapę’. Wbrew pozorom jest to bardzo częsta przypadłość, więc nie należy się tego wstydzić (o ile nie mamy sobie nic do zarzucenia, jeżeli chodzi o czystość ;)). W wielu przypadkach pasożyty nie dają żadnych większych objawów (a przynajmniej nie takie, które jasno by na ich obecność wskazywały) a nieleczone przez długi okres mogą prowadzić do poważnych uszkodzeń, m. inn. wątroby, więc warto co jakiś czas profilaktycznie wykonać takie badania (szczególnie, jeżeli posiadamy w domu psa lub kota).



   Tak właśnie mniej więcej wygląda moja skóra na co dzień. Ze swojej strony zrobiłam już wszystko co mogłam, żeby poprawić stan mojej cery, wszystkie wyżej wymienione badania już za mną więc niedługo zaczynam terapię :).







Jakie są Wasze doświadczenia z trądzikiem? Macie swoje sprawdzone sposoby? 
Pozdrawiam, trzymajcie się ciepło,
Kasia. 



piątek, 10 stycznia 2014

China Glaze, Solar Flare - odnalazłam swój Złoty Graal, zamiennik Milani FX Jewel Gold.

Witajcie!




   Złoty Graal – symbol rzeczy cennej, pożądanej ale nadal nie odnalezionej - czymś takim przez długi czas był dla mnie lakier Milani FX Jewel Gold, który zobaczyłam kilka lat temu bodajże na weheartit.






    Jako wielbicielka glitterów pokochałam go od pierwszego wejrzenia miłością prawdziwie dozgonną, nigdzie jednak nie byłam w stanie go zdobyć. Lakiery Milani nie były wtedy dostępne w Polsce, nawet teraz kupić można jedynie jakieś ‘niedobitki’ na allegro. Szukałam, szukałam i nic, w tamtym okresie nie miałam również możliwości zamawiania z zagranicy. Kilka dni temu w końcu szczęście się do mnie uśmiechnęło i przeglądając lakiery China Glaze w jakimś sklepie internetowym przypadkiem trafiłam na te oto cudeńko:







   Zaczęłam przeglądać swatch’e w Internecie i gdy trafiłam na post z porównaniem obu tych lakierów TUTAJ wiedziałam, że to właśnie to, czego szukałam od tak dawna. W wielkiej radości bez zastanowienia kliknęłam na ‘dodaj do koszyka’ i takim oto sposobem dziś mogę się nim z Wami podzielić :). 

   Jest to idealna propozycja zarówno na karnawałowe szaleństwa, jak i na co dzień :). Złote drobiny mają perfekcyjny odcień - nie są ani zbyt żółte, ani zbyt 'blade', aplikacja jest bezproblemowa, lakier schnie dość szybko. Możemy nim uzyskać zupełnie różne efekty - od pojedynczych drobin do efektu łuski, jak na zdjęciu Milani. Przepięknie odbija światło, cudownie się błyszczy, nie zahacza o ubranie. Jestem w nim po prostu zakochana :) Na palcu serdecznym widoczny jest efekt po nałożeniu dwóch grubych warstw lakieru. 














Tutaj efekt po nałożeniu większej ilości drobinek. Trzeba się troszkę 'naciapkać', ale warto, oj warto...Ze schnięciem nadal nie ma żadnego problemu, zasycha bardzo szybko, czego się po takiej ilości lakieru w ogóle nie spodziewałam :).









   Jako bazę nałożyłam na paznokcie lakier Sensique, nr 145, który miałyście okazję zobaczyć TUTAJ. Cudowna gołębia szarość, która w zależności od światła raz jest bardziej lawendowa, raz bardziej błękitna, a raz bardziej różowa. 












Zapraszam na moje nowe social media - instagrama oraz facebooka :) 





Koniecznie dajcie znać, co sądzicie :). 
Pozdrawiam, trzymajcie się cieplutko,
Kasia.

wtorek, 7 stycznia 2014

Muji Feu de Bois, zamiennik Diptyque, który powalił świat na kolana, czyli świeca o zapachu (s)palonego drewna.

Witajcie!



   Palone drewno…ciepły zapach żywicy, słodki drzewny aromat, zapach domu… bezpieczeństwo, zaufanie, spokój, błogostan. To skojarzenia, które przychodzą mi do głowy kiedy myślę o rozpalonym ognisku lub kominku, w którym wesoło tańczą iskierki. Czy takie same skojarzenia nasuwają mi się, kiedy wącham świecę Muji Feu de Bois?








   Wiecie co? Naprawdę bym chciała… Niestety, zapach zamiast być cichy i uspokajający po prostu wrzeszczy mi wprost do ucha, wwierca się i wibruje w środku swoją okropnością. Tak to odczuwam, aż tak jest odpychający, a dodam, że wiele zapachów potrafię znieść. Miał być słodki żywiczny aromat drewna, a jest co? Czarny węgiel, pył, z drewna został już tylko popiół, za to dym… dym jest i ma moc. I to jeszcze jaką! Uderza z całą swoją siłą niosąc ze sobą ten popiół i pył, dusi spalenizną, wypełnia płuca. To zupełnie tak jakbyście siedziały przy ognisku i dym non stop buchałby Wam w twarz. Nie ma czym oddychać. Jedyne na co miałam ochotę po powąchaniu tej świecy to głęboki wdech świeżego powietrza.


   Mam dużą zapachową tolerancję, potrafię znieść wiele zapachów, które przez wielu uważane są za ‘nie do zniesienia’, ale to, co znajdowało się w tej cynkowej puszce po prostu przebiło wszystko. Absolutnie wszystko. Nie było ani wyrafinowane, ani oryginalne, ani wyszukane… Było po prostu wstrętne i nie mam pojęcia komu o zdrowych zmysłach ten zapach mógłby przypaść do gustu. Tym bardziej dziwi mnie fakt, że według jednej dość znanej brytyjskiej vlogerki jest to praktycznie idealna podróbka świecy Diptyque o tej samej nazwie, Feu de Bois, która niedługo na świecie stanie się chyba absolutnym must have, tak jest już rozreklamowana. Jeżeli ta świeca powala na kolana - to jedynie w błaganiu o litość. Nigdy więcej. 


   Nawet na widok jej koloru robi mi się źle.
Świeca poszła w świat ponieważ samo patrzenie na nią powodowało u mnie zawroty głowy. Całe szczęście, że nie zdecydowałam się na Diptyque, ok. 250 zł wydane na takiego śmierdziucha chyba przyprawiłoby mnie o zawał.



Mam nadzieję, że nigdy nie będziecie miały okazji wąchać czegoś podobnego,
Pozdrawiam, trzymajcie się ciepło,

Kasia.

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Duży zbiorczy haul - Ikea, H&M Home, Jysk i inne :).

Witajcie!



   Czas przecen trwa w najlepsze, niemalże z każdej sklepowej witryny bije nam po oczach wielki napis „SALE”.  W tym roku jakoś niezbyt mocno uległam jego magii jeżeli chodzi o ubrania, bardziej skupiłam się na kosmetykach i dekoracjach do pokoju. Dziś mam dla Was spory zbiorczy, przecenowy i nie, haul, w którym pokarzę Wam moje zdobycze m. Inn. z Ikei i H&M Home. Będąc ostatnio w Warszawie nie mogłam nie odwiedzić tych sklepów, takie oto tego skutki :). Zapraszam :)



   Jako maniak palenia świec i wosków kupiłam 100 podgrzewaczy za 7.99.






   W związku z tym, że w moich szufladach przy biurku brakowało jeszcze tylko przysłowiowych ‘baby z dziadem’ postanowiłam kupić wkłady Antonius, które pomogą mi je troszkę uporządkować…Jeden kosztował 6 zł, więc nie było nad czym się zastanawiać.







   Wybrałam również podpórki do książek Billy, dużą i małą, w cenach 7.99 i 4.99.







   Będąc w Ikei szukałam dość taniego pledu-narzuty na łóżko i udało mi się znaleźć szary koc, Gurli, który kosztował 39 zł. (Sztuczne futerko również pochodzi z Ikei, jednak kupione było w zeszłym roku. Nie pamiętam nazwy ponieważ odcięłam metkę, jednak jego koszt to ok 50 zł).









   Szukałam również zwykłej, jasnej, jednolitej bawełnianej pościeli. Znalazłam kremową, która nazywa się Dvala. Była niedroga, kosztowała niecałe 50 zł. (Widoczna na zdjęciu łóżka powyżej).

Poszewki na poduszki, biała z napisami oraz dwie w paski, pochodzą z H&M Home. Biała to koszt 20 zł, w paski – 30 zł / szt.






Dwie szare poszewki na jaśki kupiłam w Home&You, każda za 17.90.






   Kiedy poszewki z H&M Home będą w praniu, ich miejsce zajmą te z Ikei – dwie szare Gurli, 12.99 / szt., oraz Lappljung Ruta, 25.99, w geometryczne wzory z cudownej jakości grubej tkaniny.







   W H&M Home kupiłam również dozownik na mydło w prowansalskim stylu,  dla którego znalazłam jednak inne przeznaczenie – będzie to pojemnik na wodę różaną :).






   W Jysku udało mi się upolować pudełko z pleksi za 25 zł. Nazywa się Bocano i w porównaniu do innych tego typu organizerów, które znajdziemy w Internecie kosztowało naprawdę grosze :).






   W Jysk'u kupiłam również koszyk w kolorach pasujących do pościeli. Trzymam w nim kosmetyki do twarzy. Niestety nie pamiętam jak się nazywa, ale jest to stałe wyposażenie Jysk i myślę, że da się znaleźć bez problemu.






   Przechodząc do kosmetycznej części moich łupów, mniej lub bardziej wyprzedażowych – będąc w The Body Shop’ie kupiłam moje ulubione masło do ciała Mango o pojemności 300 ml (49 zł). W tym samym zapachu wybrałam też masełko do ust. W Bath&Body Works skusiłam się jedynie na treściwy ‘salvation balm’, nadaje się do skórek, kolan, łokci, ust…dość uniwersalny środek o zapachu ‘przykurzonej’ róży :). Wąchałam ich świece, tak popularne w Internecie, jednak nic nie przypadło mi do gustu…ich kosmetyki również mają zapachy, które niekoniecznie mi się podobają – słodkie, sztuczne i duszące.





   W The Body Shop’ie uległam jeszcze jednej pokusie – temu cudakowi do masażu twarzy :).






   Do mojej kosmetyczki wpadły również 3 przecenione róże – dwa z Bourjois – Rose d’Or i Rose Coup de Foudre i jeden z The Balm – Frat Boy.







   Moje ubraniowe zdobycze prezentują się dość skromnie – w American Eagle Outfitters, sklepie, do którego mam ogromny sentyment po odwiedzaniu go w Stanach, kupiłam bluzę kangurkę z błyszczącym napisem z przodu, sweterek w renifery udało mi się upolować w New Looku za 40 zł :).









   Bardzo żałuję, że w mojej okolicy nie ma Ikei :( Gdybym tylko mogła, prawdopodobnie bym tam zamieszkała. Postanowiłam zrobić ten haul, ponieważ sama wybierając się na wielką zakupową ‘wyprawę’ szukałam innych Ikeowych hauli, przeglądałam strony i katalogi. Pomogło mi to w zrobieniu pełnej listy zakupów i w uniknięciu sytuacji, w której po powrocie do domu trafiłabym na taki haul i żałowałabym, że czegoś nie uwzględniłam :).


   Uwielbiam moje nowe-stare łóżko, jest ono jednym z głównych elementów mojego pokoju, który nabrał teraz zupełnie innego wyrazu :). Dajcie znać czy również Wam się podoba :). Macie jakieś swoje typy odnośnie zakupów w Ikei? :)

Pozdrawiam, trzymajcie się ciepło,

Kasia.