wtorek, 14 stycznia 2014

Co możesz zrobić sama, aby poprawić stan swojej skóry?

Witajcie!


   W poprzednim poście pisałam o tym, jakie badania powinno się wykonać przed rozpoczęciem leczenia trądziku. Dziś opowiem Wam, również z własnego doświadczenia, co możemy zrobić same, aby poprawić swoją cerę. Będą to proste rzeczy dotyczące głownie pielęgnacji lub makijażu, na które często nie zwracamy uwagi. Jeżeli jesteście ciekawe – zapraszam :).









1.       Najpierw włosy, później twarz. Chodzi mi konkretnie o mycie :). Najpierw umyjcie głowę, później twarz, co pozwoli na usunięcie z niej ewentualnych pozostałości po środkach do pielęgnacji włosów, które mogą przyczynić się do powstawania zaskórników.

2.       Aby uniknąć przenoszenia bakterii twarz po umyciu najlepiej wytrzeć ręcznikiem papierowym lub chusteczkami. Wilgoć i martwe komórki naskórka znajdujące się na materiałowym ręczniku wiszącym w łazience (dodajmy do tego niezamykanie deski klozetowej i wznoszące się w powietrze ‘paskudy’ przy każdorazowym spłukaniu wody) to zielone światło dla namnażania się bakterii, więc używajmy czegoś, co jest jednorazowe.

3.       Pozostając w temacie mycia – nie używajcie zbyt drażniących żeli do mycia twarzy. Nasza skóra ma kwaśny odczyn pH, zbyt silnie działające żele zdzierają z niej tę kwasową powłoczkę zmieniając jej odczyn na zasadowy (alkaiczny). To z kolei oznacza, że po raz kolejny zapewniamy idealne środowisko do rozwoju bakterii.

4.       Pamiętajcie o systematycznym, każdorazowym czyszczeniu pędzli. Resztki makijażu, sebum + komórki naskórka to znów nie jest najlepsze połączenie.

5.       Zapomnijcie, że Wasza skóra jest mieszana lub tłusta. Nie używajcie kremów przeznaczonych do tego typu cer ponieważ większość z nich zamiast pomagać tak naprawdę szkodzi. Często zawierają one w sobie alkohol i inne środki przyczyniające się do wysuszenia naszej skóry, nie mają wystarczającego działania nawilżającego, co skutkuje jeszcze większą produkcją sebum. Stosujcie lekkie kremy nawilżające, które nie będą miały w sobie składników komedogennych. Do tego przyda Wam się punkt kolejny, ale o tym za chwilkę. Prawda jest taka, że większość dermo kosmetyków przeznaczonych do skóry trądzikowej ogólnodostępnych w drogeriach zawiera w sobie składniki, które mogą trądzik nasilać. To jest dla mnie NIE-PO-JĘ-TE, ale takie są niestety fakty.

6.       Nauczcie się czytać składy. W ten sposób dowiecie się, czym ‘karmicie’ swoją skórę. Unikajcie silikonów – dimethicone, cyclometicone itd., parafiny – paraffinum liquidum, mineral oil, paraffin, kwasu stearynowego – stearic acid oraz lanoliny – lanolin. Jest wiele stron i blogów z opisami poszczególnych składników – zanim kupicie krem, sprawdźcie jego skład w Internecie. Nikt nie jest chodzącą encyklopedią, sama korzystam z pomocy, dlatego odsyłam Was do listy składników komedogennych na blogu Aliny KLIK. I coś, co mogę dodać z własnego doświadczenia z konsultantkami w aptekach i drogeriach. Nie ufajcie im i nie słuchajcie ich, chyba, że macie ochotę się pośmiać. Nie pytajcie ich o kremy bez silikonów bo one nawet nie mają pojęcia jaką nazwę ma silikon w składzie. Kiedy zadawałam podobne pytania przeważnie spotykałam się ze zdziwionym, tępym spojrzeniem i czytaniem etykietki, co mogę przecież zrobić sama. Praktycznie za każdym razem odpowiedzią, jaką słyszałam było „Nie wiem, wie Pani…”. Nie mówię, że każda konsultantka ma wiedzę o kosmetykach na poziomie dżdżownicy, nie chcę w tym momencie nikogo obrażać, jednak nie trafiłam jeszcze na osobę, o której mogłabym powiedzieć coś lepszego…

7.       Jeżeli nosicie rozpuszczone włosy związujcie je kiedy np. jesteście w domu. Włosy również przenoszą wiele bakterii, których nie chcemy na twarzy.

8.       Warto do swojej pielęgnacji włączyć nienasycone kwasy tłuszczowe (NNKT). Jeżeli Wasz krem jest zbyt lekki dodajcie do niego kilka kropel olejku z wysoką zawartością NNKT. Nienasycone kwasy tłuszczowe nie powodują rogowacenia ujścia mieszków włosowych, czyli nie powodują powstawania zaskórników. Ze swojej strony mogę gorąco polecić olej z pestek arbuza – u mnie sprawdził się genialnie a skórę mam wybitnie skłonną do ‘zapychania’.

9.       Jeżeli podczas snu opieracie głowę na rękach warto zwrócić uwagę na skład balsamu do ciała, którym smarujecie się po kąpieli. Składniki, które mają zbyt duże cząsteczki by się wchłonąć i pozostają na powierzchni tworząc tzw. warstwę okluzyjną, np. parafina lub silikony mogą przenieść się na Waszą twarz powodując zaskórniki i wypryski.

10.   Włączcie do swojej pielęgnacji kwasy i/lub retinol. Naprzemiennie stosujcie je na noc - jednego dnia kwasy, drugiego retinol, nigdy razem. Kwasy delikatnie złuszczają martwy naskórek, ogaszają stany zapalne i, w co najtrudniej było mi uwierzyć, nawilżają. Retinol, pochodna witaminy A (retinoidy stosowane w leczeniu dermatologicznym to również pochodna Wit. A) oprócz działania przeciwstarzeniowego ma również działanie antytrądzikowe.

        W Internecie od pewnego czasu aż wrze od informacji o tym, że przy stosowaniu kwasów, np. toników z kwasami i retinolu KONIECZNE jest używanie wysokiego filtra przeciwsłonecznego. Na szczęście to nie prawda. Stężenia kwasów i retinolu w kosmetykach dostępnych w drogeriach są na tyle niskie, że nie uwrażliwią naszej skóry na słońce i nie spowodują żadnych uszkodzeń, nie ma więc się czego obawiać. Natomiast jeżeli robicie takie toniki same z gotowych półproduktów – to zmienia postać rzeczy. W takich wypadkach najlepiej wybierać kwas migdałowy i glikolowy ponieważ są one stosunkowo łagodne. Ich stężenie nie powinno jednak przekraczać 10% - większe stężenia zarezerwowane są dla specjalistów, np. dermatologów, twarz mamy jedną więc lepiej nie przeprowadzać na niej takich eksperymentów, chyba, że chcemy skończyć z poparzeniami i bliznami. W przypadku stosowania kwasów pamiętajmy o tym, że przy pierwszych oznakach zaczerwienienia lub szczypania należy zastosować neutralizator lub np przetrzeć skórę wodą. Nawet jeżeli używamy toniku z kwasem.
  
J       Jeżeli chodzi o używanie filtra przeciwsłonecznego – owszem, jest to bardzo korzystne dla naszej skóry i zapobiega przedwczesnym oznakom jej starzenia się spowodowanym głownie promieniowaniem UVA, jednak jest to indywidualna sprawa, czy chcemy z niego korzystać, czy nie. Osobiście nie używam dodatkowego filtra oprócz podkładu, bardzo ciężko dobrać jest odpowiedni filtr do cery problematycznej. Warto również mieć na uwadze fakt, że filtr przeciwsłoneczny powinien być ostatnią warstwą na naszej twarzy dla pełnej ochrony, co wyklucza makijaż. Powinno się go również w ciągu dnia kilkukrotnie reaplikować ponieważ po pewnym czasie traci swoje właściwości. Ja do takich ceremoniałów nie mam cierpliwości i wolę się cieszyć życiem, niż je sobie uprzykrzać.

11.   Zmieńcie podkład na w 100% mineralny. Takie podkłady nie zawierają w sobie silikonów ani innych zapychaczy, są to czyste minerały więc mogą mieć delikatny wpływ na poprawę stanu naszej skóry, są również naturalnym fizycznym, niewysokim co prawda, filtrem UV (15 – 20 SPF).

12.   Przedostatnia rzecz i dla wielu, w tym dla mnie, najtrudniejsza do spełnienia. Nie wyciskajcie lub starajcie się robić to najrzadziej, jak możecie. Sama niestety często tracę cierpliwość :< Starajcie się nie ‘gmerać’ przy twarzy, nie zdrapywać strupków, po prostu jej nie dotykać. Często mamy brudne ręce, twarz również w ciągu dnia jest brudna, dotykając jej i rozdrapując strupki roznosimy bakterie przyczyniając się do tzw. trądziku neuropatycznego, czyli takiego, który przez wyżej wymienione zachowanie fundujemy sobie sami.

1.       Ograniczcie ilość kosmetyków kolorowych nakładanych na twarz. Kolejna dodatkowa warstwa nie pomoże w odblokowaniu porów, może negatywnie wpłynąć na wydzielanie łoju i przyczynić się do powstawania wyprysków. Na pewno zrezygnowałabym z codziennego stosowania bazy pod makijaż.



Dodałybyście coś do tej listy? Stosujecie się do któregoś z tych punktów?
Pozdrawiam, trzymajcie się ciepło,

Kasia.

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Trądzik - jakie badania wykonać, kiedy zaczynamy leczenie?

Witajcie!


    Kiedyś trądzik przypisywano jedynie nastolatkom jako schorzenie skóry związane z okresem dojrzewania. Dziś cierpią na niego nawet osoby dojrzałe, stał się niemalże chorobą cywilizacyjną ze względu na nasz tryb życia, środowisko, w którym żyjemy oraz dietę bogatą w konserwanty, wypełniacze, stabilizatory, wzmacniacze smaku i wiele innych substancji chemicznych, których nie sposób całkowicie wykluczyć. Każdy trądzik jest inny – pomimo określonego rodzaju u każdej osoby przebiega inaczej, nie da się więc ustalić jednej konkretnej przyczyny, która pasowałaby do wszystkich przypadków. Sama walczę z trądzikiem (konkretnie zaskórnikowo-grudkowym), więc dziś z własnego doświadczenia opowiem Wam, co należy zbadać aby właściwie określić jego przyczyny. Bez odpowiedniej diagnozy nigdy nie ma odpowiedniego leczenia, warto więc wiedzieć od czego zacząć aby nie męczyć skóry, żołądka i portfela nieodpowiednimi lekami. W następnym poście opowiem Wam również co możecie zrobić same aby poprawić stan Waszej skóry zanim zaczniecie bardziej inwazyjne leczenie. Zapraszam!









1.       Hormony, hormony, hormony. Są jedną z najczęstszych przyczyn powstawania trądziku. Największy wpływ na stan naszej skóry mają androgeny (męskie hormony), w tym testosteron i kortyzol. Ich podwyższony poziom powoduje zmiany skórne, pojawianie się męskich cech, w tym nadmiernego owłosienia, tycie oraz problemy z płodnością (m. inn. zespół policystycznych jajników). Warto zbadać również tarczycę oraz żeńskie hormony – prolaktynę i estrogen.

2.       Wymaz ze zmian skórnych oraz antybiogram – bez wymazu skórnego nie dowiemy się czy i jaka bakteria jest winowajcą naszych problemów natomiast bez antybiogramu nie będziemy w stanie stwierdzić na jakie antybiotyki dana bakteria jest odporna. Rozpoczynanie terapii bez tych dwóch wyników jest bezcelowe – szanse na trafienie w odpowiedni lek na ślepo są tak samo duże jak na wygranie w totolotka - ucierpi na tym nasz portfel oraz żołądek.


3.       Testy alergologiczne. W niektórych wypadkach przyczyną trądziku może być po prostu alergia lub nietolerancja pokarmowa, np. laktozy. Na zrobienie takich testów nie trzeba koniecznie czekać na sezon jesienno/zimowy, kiedy w powietrzu przestają unosić się pyłki i inne alergeny, można wykonać je w ciągu całego roku z krwii.


4.       Badaniem, które możemy przeprowadzić same w domu, jest obserwacja naszej skóry i jej reakcji na pokarmy. Odstawiamy cukier, czyli wszystkie słodkości i słodkie napoje, ocet, czyli musztardę, ketchup, przetwory z zalewą octową, sosy winegret na bazie octu (który możemy zastąpić sokiem z cytryny), pikantne potrawy oraz żywność wysoko przetworzoną (wszelkiego rodzaju śmieciowe jedzenie) i patrzymy, co się będzie działo. Może się okazać, że któryś z tych składników przyczynia się do złego stanu naszej cery – jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie.


5.       Helicobacter Pylori. Jest to pałeczkowata bakteria, która atakuje i zasiedla głównie żołądek. Powoduje zapalenia błon śluzowych, owrzodzenia a nawet raka organów układu pokarmowego. Uważa się, że może ona być również przyczyną chorób skórnych takich jak trądzik różowaty, atopowe zapalenie skóry czy przewlekła pokrzywka.


6.       Pasożytylamblie i glista ludzka. Niestety drobnoustroje chorobotwórcze są wszędzie dookoła i często, pomimo odpowiedniej higieny, nie mamy wpływu na to, czy zostaniemy nimi zarażeni, czy nie. Dla wielu osób jest to sprawa bardzo krępująca i pewnie ostatnią rzeczą, o której byśmy pomyśleli to fakt, że możemy mieć w sobie ‘pasażera na gapę’. Wbrew pozorom jest to bardzo częsta przypadłość, więc nie należy się tego wstydzić (o ile nie mamy sobie nic do zarzucenia, jeżeli chodzi o czystość ;)). W wielu przypadkach pasożyty nie dają żadnych większych objawów (a przynajmniej nie takie, które jasno by na ich obecność wskazywały) a nieleczone przez długi okres mogą prowadzić do poważnych uszkodzeń, m. inn. wątroby, więc warto co jakiś czas profilaktycznie wykonać takie badania (szczególnie, jeżeli posiadamy w domu psa lub kota).



   Tak właśnie mniej więcej wygląda moja skóra na co dzień. Ze swojej strony zrobiłam już wszystko co mogłam, żeby poprawić stan mojej cery, wszystkie wyżej wymienione badania już za mną więc niedługo zaczynam terapię :).







Jakie są Wasze doświadczenia z trądzikiem? Macie swoje sprawdzone sposoby? 
Pozdrawiam, trzymajcie się ciepło,
Kasia. 



piątek, 10 stycznia 2014

China Glaze, Solar Flare - odnalazłam swój Złoty Graal, zamiennik Milani FX Jewel Gold.

Witajcie!




   Złoty Graal – symbol rzeczy cennej, pożądanej ale nadal nie odnalezionej - czymś takim przez długi czas był dla mnie lakier Milani FX Jewel Gold, który zobaczyłam kilka lat temu bodajże na weheartit.






    Jako wielbicielka glitterów pokochałam go od pierwszego wejrzenia miłością prawdziwie dozgonną, nigdzie jednak nie byłam w stanie go zdobyć. Lakiery Milani nie były wtedy dostępne w Polsce, nawet teraz kupić można jedynie jakieś ‘niedobitki’ na allegro. Szukałam, szukałam i nic, w tamtym okresie nie miałam również możliwości zamawiania z zagranicy. Kilka dni temu w końcu szczęście się do mnie uśmiechnęło i przeglądając lakiery China Glaze w jakimś sklepie internetowym przypadkiem trafiłam na te oto cudeńko:







   Zaczęłam przeglądać swatch’e w Internecie i gdy trafiłam na post z porównaniem obu tych lakierów TUTAJ wiedziałam, że to właśnie to, czego szukałam od tak dawna. W wielkiej radości bez zastanowienia kliknęłam na ‘dodaj do koszyka’ i takim oto sposobem dziś mogę się nim z Wami podzielić :). 

   Jest to idealna propozycja zarówno na karnawałowe szaleństwa, jak i na co dzień :). Złote drobiny mają perfekcyjny odcień - nie są ani zbyt żółte, ani zbyt 'blade', aplikacja jest bezproblemowa, lakier schnie dość szybko. Możemy nim uzyskać zupełnie różne efekty - od pojedynczych drobin do efektu łuski, jak na zdjęciu Milani. Przepięknie odbija światło, cudownie się błyszczy, nie zahacza o ubranie. Jestem w nim po prostu zakochana :) Na palcu serdecznym widoczny jest efekt po nałożeniu dwóch grubych warstw lakieru. 














Tutaj efekt po nałożeniu większej ilości drobinek. Trzeba się troszkę 'naciapkać', ale warto, oj warto...Ze schnięciem nadal nie ma żadnego problemu, zasycha bardzo szybko, czego się po takiej ilości lakieru w ogóle nie spodziewałam :).









   Jako bazę nałożyłam na paznokcie lakier Sensique, nr 145, który miałyście okazję zobaczyć TUTAJ. Cudowna gołębia szarość, która w zależności od światła raz jest bardziej lawendowa, raz bardziej błękitna, a raz bardziej różowa. 












Zapraszam na moje nowe social media - instagrama oraz facebooka :) 





Koniecznie dajcie znać, co sądzicie :). 
Pozdrawiam, trzymajcie się cieplutko,
Kasia.

wtorek, 7 stycznia 2014

Muji Feu de Bois, zamiennik Diptyque, który powalił świat na kolana, czyli świeca o zapachu (s)palonego drewna.

Witajcie!



   Palone drewno…ciepły zapach żywicy, słodki drzewny aromat, zapach domu… bezpieczeństwo, zaufanie, spokój, błogostan. To skojarzenia, które przychodzą mi do głowy kiedy myślę o rozpalonym ognisku lub kominku, w którym wesoło tańczą iskierki. Czy takie same skojarzenia nasuwają mi się, kiedy wącham świecę Muji Feu de Bois?








   Wiecie co? Naprawdę bym chciała… Niestety, zapach zamiast być cichy i uspokajający po prostu wrzeszczy mi wprost do ucha, wwierca się i wibruje w środku swoją okropnością. Tak to odczuwam, aż tak jest odpychający, a dodam, że wiele zapachów potrafię znieść. Miał być słodki żywiczny aromat drewna, a jest co? Czarny węgiel, pył, z drewna został już tylko popiół, za to dym… dym jest i ma moc. I to jeszcze jaką! Uderza z całą swoją siłą niosąc ze sobą ten popiół i pył, dusi spalenizną, wypełnia płuca. To zupełnie tak jakbyście siedziały przy ognisku i dym non stop buchałby Wam w twarz. Nie ma czym oddychać. Jedyne na co miałam ochotę po powąchaniu tej świecy to głęboki wdech świeżego powietrza.


   Mam dużą zapachową tolerancję, potrafię znieść wiele zapachów, które przez wielu uważane są za ‘nie do zniesienia’, ale to, co znajdowało się w tej cynkowej puszce po prostu przebiło wszystko. Absolutnie wszystko. Nie było ani wyrafinowane, ani oryginalne, ani wyszukane… Było po prostu wstrętne i nie mam pojęcia komu o zdrowych zmysłach ten zapach mógłby przypaść do gustu. Tym bardziej dziwi mnie fakt, że według jednej dość znanej brytyjskiej vlogerki jest to praktycznie idealna podróbka świecy Diptyque o tej samej nazwie, Feu de Bois, która niedługo na świecie stanie się chyba absolutnym must have, tak jest już rozreklamowana. Jeżeli ta świeca powala na kolana - to jedynie w błaganiu o litość. Nigdy więcej. 


   Nawet na widok jej koloru robi mi się źle.
Świeca poszła w świat ponieważ samo patrzenie na nią powodowało u mnie zawroty głowy. Całe szczęście, że nie zdecydowałam się na Diptyque, ok. 250 zł wydane na takiego śmierdziucha chyba przyprawiłoby mnie o zawał.



Mam nadzieję, że nigdy nie będziecie miały okazji wąchać czegoś podobnego,
Pozdrawiam, trzymajcie się ciepło,

Kasia.

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Duży zbiorczy haul - Ikea, H&M Home, Jysk i inne :).

Witajcie!



   Czas przecen trwa w najlepsze, niemalże z każdej sklepowej witryny bije nam po oczach wielki napis „SALE”.  W tym roku jakoś niezbyt mocno uległam jego magii jeżeli chodzi o ubrania, bardziej skupiłam się na kosmetykach i dekoracjach do pokoju. Dziś mam dla Was spory zbiorczy, przecenowy i nie, haul, w którym pokarzę Wam moje zdobycze m. Inn. z Ikei i H&M Home. Będąc ostatnio w Warszawie nie mogłam nie odwiedzić tych sklepów, takie oto tego skutki :). Zapraszam :)



   Jako maniak palenia świec i wosków kupiłam 100 podgrzewaczy za 7.99.






   W związku z tym, że w moich szufladach przy biurku brakowało jeszcze tylko przysłowiowych ‘baby z dziadem’ postanowiłam kupić wkłady Antonius, które pomogą mi je troszkę uporządkować…Jeden kosztował 6 zł, więc nie było nad czym się zastanawiać.







   Wybrałam również podpórki do książek Billy, dużą i małą, w cenach 7.99 i 4.99.







   Będąc w Ikei szukałam dość taniego pledu-narzuty na łóżko i udało mi się znaleźć szary koc, Gurli, który kosztował 39 zł. (Sztuczne futerko również pochodzi z Ikei, jednak kupione było w zeszłym roku. Nie pamiętam nazwy ponieważ odcięłam metkę, jednak jego koszt to ok 50 zł).









   Szukałam również zwykłej, jasnej, jednolitej bawełnianej pościeli. Znalazłam kremową, która nazywa się Dvala. Była niedroga, kosztowała niecałe 50 zł. (Widoczna na zdjęciu łóżka powyżej).

Poszewki na poduszki, biała z napisami oraz dwie w paski, pochodzą z H&M Home. Biała to koszt 20 zł, w paski – 30 zł / szt.






Dwie szare poszewki na jaśki kupiłam w Home&You, każda za 17.90.






   Kiedy poszewki z H&M Home będą w praniu, ich miejsce zajmą te z Ikei – dwie szare Gurli, 12.99 / szt., oraz Lappljung Ruta, 25.99, w geometryczne wzory z cudownej jakości grubej tkaniny.







   W H&M Home kupiłam również dozownik na mydło w prowansalskim stylu,  dla którego znalazłam jednak inne przeznaczenie – będzie to pojemnik na wodę różaną :).






   W Jysku udało mi się upolować pudełko z pleksi za 25 zł. Nazywa się Bocano i w porównaniu do innych tego typu organizerów, które znajdziemy w Internecie kosztowało naprawdę grosze :).






   W Jysk'u kupiłam również koszyk w kolorach pasujących do pościeli. Trzymam w nim kosmetyki do twarzy. Niestety nie pamiętam jak się nazywa, ale jest to stałe wyposażenie Jysk i myślę, że da się znaleźć bez problemu.






   Przechodząc do kosmetycznej części moich łupów, mniej lub bardziej wyprzedażowych – będąc w The Body Shop’ie kupiłam moje ulubione masło do ciała Mango o pojemności 300 ml (49 zł). W tym samym zapachu wybrałam też masełko do ust. W Bath&Body Works skusiłam się jedynie na treściwy ‘salvation balm’, nadaje się do skórek, kolan, łokci, ust…dość uniwersalny środek o zapachu ‘przykurzonej’ róży :). Wąchałam ich świece, tak popularne w Internecie, jednak nic nie przypadło mi do gustu…ich kosmetyki również mają zapachy, które niekoniecznie mi się podobają – słodkie, sztuczne i duszące.





   W The Body Shop’ie uległam jeszcze jednej pokusie – temu cudakowi do masażu twarzy :).






   Do mojej kosmetyczki wpadły również 3 przecenione róże – dwa z Bourjois – Rose d’Or i Rose Coup de Foudre i jeden z The Balm – Frat Boy.







   Moje ubraniowe zdobycze prezentują się dość skromnie – w American Eagle Outfitters, sklepie, do którego mam ogromny sentyment po odwiedzaniu go w Stanach, kupiłam bluzę kangurkę z błyszczącym napisem z przodu, sweterek w renifery udało mi się upolować w New Looku za 40 zł :).









   Bardzo żałuję, że w mojej okolicy nie ma Ikei :( Gdybym tylko mogła, prawdopodobnie bym tam zamieszkała. Postanowiłam zrobić ten haul, ponieważ sama wybierając się na wielką zakupową ‘wyprawę’ szukałam innych Ikeowych hauli, przeglądałam strony i katalogi. Pomogło mi to w zrobieniu pełnej listy zakupów i w uniknięciu sytuacji, w której po powrocie do domu trafiłabym na taki haul i żałowałabym, że czegoś nie uwzględniłam :).


   Uwielbiam moje nowe-stare łóżko, jest ono jednym z głównych elementów mojego pokoju, który nabrał teraz zupełnie innego wyrazu :). Dajcie znać czy również Wam się podoba :). Macie jakieś swoje typy odnośnie zakupów w Ikei? :)

Pozdrawiam, trzymajcie się ciepło,

Kasia.

piątek, 3 stycznia 2014

Ulubieńcy roku 2013!

Witajcie!


   Z końcem 2013 roku przyszedł czas na małe podsumowania i bilanse, między innymi te kosmetyczne. Dziś właśnie zapraszam Was na pielęgnacyjno-kosmetyczne zestawienie bohaterów minionych 12 miesięcy. Część z nich pokrywa się z tym, co zawarłam w miesięcznych ulubieńcach od początku istnienia bloga, o części nie wspominałam wcale. Niektóre produkty podbiły moje serce szturmem, wywołały efekt WOW i sprawiły, że z zachwytu padłam przed nimi na kolana, niektóre natomiast doceniłam dopiero po czasie, szczególnie kiedy opakowanie świeciło pustkami i okazywało się, że nie mogę bez nich żyć. Mam nadzieję, że post nie będzie za długi i zapraszam do lektury :).















1.       Mitchum Power Gel, antyperspirant. To jest taki mały teaser, ponieważ kupić można go w Stanach. Ja za sprawą pewnej dobrej wróżki mam na razie mały zapas, z czego bardzo się cieszę – jest to mój ulubiony produkt tego typu. Świetnie chroni i pięknie pachnie.
2.       Żele pod prysznic Original Source. Tanie, łatwodostępne, dobrze spełniają swoje zadanie, dodatkowo mają szeroką gamę świetnych zapachów,z której każdy może coś sobie wybrać.
3.       Masła do ciała, The Body Shop. W ciągu roku używałam wielu maseł I balsamów, jednak tych nic nie przebiło. Zawsze będę do nich wracać. Moje ulubione to mango i czereśnia.
4.       Kakaowy balsam do ciała Palmers. Świetnie nawilża i ujędrnia, na dodatek pięknie pachnie, zużyłam już dwa opakowania i czaję się na kolejne :).













1.       Maska do włosów Natur Vital, Aloes i jałowiec. Odkryłam ją stosunkowo niedawno, jest jednak jedną z najlepszych masek, jakich w tym roku używałam.
2.       Odżywki bez spłukiwania, Joanna. Nawilżają, dzięki nim praktycznie przestały mi się rozdwajać końcówki, cudownie pachną, są tanie i działają. Ujarzmiają moje włosy, co mnie niezmiernie cieszy :).
3.       Kerastase, Nectar Thermique. Jeżeli sięgam już po coś z silikonami – tylko zimą i tylko po to. Włosy są miękkie, uładzone, gładkie, nie haczą się, nie puszą…mogłabym tak w nieskończoność  :).
4.       Suche szampony Batiste. Nie trzeba ich nikomu przedstawiać, moje ulubione zapachy to Cherry oraz Fresh. Nie raz ratowały mnie z opresji :).
5.       Maska do włosów Alterra, Aloes i Granat. Kolejny szeroko znany i lubiany produkt. Zostawia moje włosy miękkie i nawilżone.
6.       Szampon Babydream. Łagodny dla moich włosów i skóry głowy, nie powodował podrażnień i dobrze oczyszczał.
7.       Odżywka Ultra Doux Garnier, Avocado i Shea. Tania, świetna o pięknym zapachu :). Na pewno znacie :).
8.       Niedawne odkrycie – Tangle Teezer. Bardzo się cieszę, że przełamałam swoje uprzedzenia i postanowiłam ją w końcu wypróbować. Dla kręconych, suchych i puszących się włosów – cudo.













1.       SVR, Provegol – żel do twarzy, włosów i ciała. W tym przypadku kompletnie nie sprawdza się powiedzenie mówiące o tym, że jeżeli coś jest do wszystkiego – tak naprawdę jest do niczego. Pomimo SLS w składzie jest bardzo łagodny. Świetnie radzi sobie z makijażem, dokładnie myje włosy nie przesuszając ich. Dostępny jest w dużych pojemnościach co jest zdecydowanie na plus.
2.       Ava, Eco Garden, krem do twarzy z ekstraktem z ogórka. Tani, dobry krem dla cery ze straszną skłonnością do zapychania, trądzikowej i na dodatek przesuszonej.
3.       Reve de Miel, Nuxe. Więcej pisałam o nim w moim poprzednim poście.
4.       Serum do twarzy Advanced Night Repair, Estee Lauder. Bardzo dobre serum, nawilża, odświeża cerę, po prostu sprawia, że moja twarz wygląda lepiej. Już zaczynam zbierać pieniądze na nowe opakowanie…:P.
5.       Peeling enzymatyczny (uniwersalny), Tian De. Gdyby nie koleżanka, nigdy nie zwróciłabym uwagi na tę firmę. Ich produkty nie należą do najtańszych, składy być może nie zachwycają, nie mam pojęcia jak z jakością reszty asortymentu, jednak po darmowym zabiegu na dłonie z udziałem tego peelingu byłam oczarowana. Mojej mamie również bardzo przypadł do gustu :).
6.       Żel do twarzy ziołowy, Fitomed. Świetny, łagodny żel o naturalnym składzie i niskiej cenie. Moja cera bardzo się z nim polubiła.
7.       Płyn micelarny Mixa. Pięknie pachnie, nie wywołuje podrażnień, dobrze radzi sobie z makijażem i nie zostawia żadnej lepkiej warstwy.
8.       Woda różana, Dabur. Stosuję ją jako tonik, łagodzi podrażnienia i nawilża, niweluje oczucie napięcia. Spisuje się znakomicie.













1.       Seche Vite. Nadaje piękny połysk i momentalnie wysusza paznokcie.
2.       Sally Hansen, Instant Cuticle Remover. Odkryłam go przypadkiem przy okazji zakupów na allegro. Świetnie radzi sobie z usuwaniem skórek. Bardzo spowolnił u mnie ich wzrost, przez co mogę sobie pozwolić na usuwanie ich co kilka tygodni. Zupełnie odstawiłam cążki, którymi nie raz się raniłam. Do tego jest bardzo wydajny.
3.       Plastikowe pudełeczko – masło Shea, Organique o zapachu greckim. Ratowało moje wysuszone stopy, zimą nakładałam je grubą warstwą pod bawełniane skarpetki – rano stopy były miękkie i gładkie.
4.       Krem koncentrat regenerujący do rąk, Tołpa. Bardzo dobrze nawilża, szybko się wchłania, neutralnie pachnie i nie pozostawia żadnej tłustej warstwy.
5.       Krem do rąk z olejem z konopi, The Body Shop. Treściwy, bogaty, idealny na chłodniejsze dni. Bardzo odżywczy i regenerujący.










1.       Chanel, Coco, Edt. Ciężki, orientalny zapach. Cudowny na jesień-zimę. Baaardzo        trwały.
2.       Jimmy Choo, Edt. Jest elegancki, ale zadziorny, ma w sobie pewien pazur. Piękny.
3.       Bvlgari, Mon Jasmin Noir L'eau Exquise. Mmmm…cudo. To po prostu trzeba  powąchać.
4.       Chanel, Allure. Zapach idealnie mój. Ponadczasowy, elegancki, klasyczny.











1.       Kredka do brwii Catrice w odcieniu 020 – Date with Ash-ton. Bardzo naturalny  kolor, nie jest ani za twarda, ani za miękka, łatwa, szybka i przyjemna w codziennym użytkowaniu.
2.       Pędzel do podkładu, Hakuro H54. Cudownie nakłada się nim podkłady mineralne, nie  zamienię go na żaden inny.
3.       Blush Variation 16, YSL. Kupiłam go kiedyś za 50 zł w promocji w Sephorze. Kiedyś  znaczy jakieś 5 lat temu. Tak, to straszne, wiem, jednak przez ten czas praktycznie w  ogóle go nie używałam, ze względu na moje anty różowe podejście. Będę korzystać  dopóki nie zauważę niczego podejrzanego. Przecież to YSL, jak mogłabym go  wyrzucić…:P
4.       Podkład mineralny Lily Lolo. Obecnie odcień Blondie, latem Popcorn.
5.       Magic Concealer, Helena Rubenstein. Lekki, rozświetlający, wydajny. Bardzo  naturalny, idealnie stapia się ze skórą.
6.       Bibułki matujące Wibo. Tanie, łatwo dostępne i w moim przypadku bardzo pożądane.
7.       Cień do powiek Inglot, kolor 390. Matowy chłodny nude, świetna baza do  codziennego makijażu oka.
8.       Cień do powiek Sephora, Cashmere Coat nr 50. Wspominałam o nim już wiele razy  na blogu, nic nie poradzę na to, że jest tak cudowny :).



Tak prezentują się ulubieńcy minionego roku, dajcie znać, czy równie mocno polubiłyście któryś z tych kosmetyków :)
Pozdrawiam, trzymajcie się ciepło,
Kasia.  


środa, 1 stycznia 2014

Ulubieńcy grudnia 2013.

Witajcie!


   Mam nadzieję, że sylwestrowa zabawa była wyjątkowo udana i że pierwszy dzień nowego roku przywitałyście w dobrej formie :) Ostatni miesiąc 2013 roku już za nami, więc dziś post o tym, co najbardziej przypadło mi do gustu w grudniu :). Niedługo zapraszam również na post o tym, co najlepiej sprawdziło się w ciągu ostatnich 12 miesięcy 2013 :). 







Żel do twarzy, Palmers. Jest to kolejny, po kultowym już kakaowym balsamie do ciała, udany produkt tej marki. Pomimo zawartości SLS w składzie jest bardzo łagodny i nawilżający. Zawiera masło shea i masło kakaowe, co nieczęsto można spotkać w składzie żelu do twarzy. Świetnie radzi sobie z makijażem, dobrze oczyszcza, nie ściąga, nie wysusza...minusów nie zauważyłam :)

Reve de Miel, Nuxe. Balsam do ust o konsystencji, z jaką nie spotkałam się nigdy wcześniej. Jest bardzo aksamitny, przypomina mi gęsty sorbet, na ustach nie daje połysku, nie tłuści jak balsamy wazelinowe. Jest niesamowicie przyjemny w użytkowaniu, pięknie pachnie pomarańczą pomieszaną z grejpfrutem, zapach nie jest słodki, ma w sobie lekko gorzką nutkę. Wspaniale odżywia i nawilża, zastosowany na noc sprawia, że rano nasze usta są miękkie i gładkie. To jest coś, do czego napewno będę wracać.

Tangle Teezer. Szczerze mówiąc byłam bardzo sceptycznie nastawiona do tej szczotki. Co ja gadam, byłam po prostu uprzedzona. Kawałek kolorowego plastiku a takie ochy i achy? Uważałam, że to jeden z wielu przereklamowanych produktów krążących po międzynarodowej blogo i vlogosferze. Owszem, bądźmy szczerzy, szczotka cudów nie zdziała, ale odkąd ją mam wszystkie moje szczotki i grzebienie leżą opuszczone w szufladzie. Po prostu się sprawdza, jest dobrym, praktycznym, porządnym włosowym akcesorium. Wyrywa i łamie mniej włosów ( owszem, to się jej zdarza i wątpię, czy jest produkt, któremu się to nie zdarza - nawet rozczesując włosy palcami udaje mi się coś wyrwać i zaobserwować ułamane końcówki ). Lubię ją za to, że rozczesując moje i tak wiecznie napuszone włosy, nie puszy ich jeszcze bardziej. Potrafi je nawet uładzić :) Mam w planach zakup kompaktowej wersji do torebki z 'ochraniaczem' na giętkie ząbki, więc to coś znaczy :)

Kerastase, Elixir K-ultime, szampon (kąpiel) do włosów. Otrzymałam miniaturkę przy okazji wizyty w salonie fryzjerskim. Świetny szampon. Wręcz luksusowy. Zawiera SLS ale zawartość aż 6 olejów w składzie zdecydowanie to rekompensuje. Mało się pieni, ale bardzo dobrze oczyszcza, nie podrażnia, nie wysusza, mam nawet wrażenie, że udaje mu się nawilżać. Jest niesamowicie wydajny. Bardzo poważnie rozważam zakup pełnowymiarowej wersji.

Olejek odbudowujacy do włosów, Yves Rocher. Bez silikonów, zawiera w sobie 7 olejów - słonecznikowy, jojoba, macadamia, babassu, rycynowy, rzepakowy oraz olej z ogórecznika lekarskiego. Jest przeznaczony do stosowania przed myciem (olejowania), ja dodatkowo stosuję go do ujarzmienia i nawilżenia włosów kiedy się spuszą lub po prostu kiedy są w gorszej kondycji, 1-2 krople w zupełności wystarczą. Jest dość ciężki i używany po myciu nie sprawdzi się na cienkich, łatwych do obciążenia włosach. Moje akurat bardzo ciężko obciążyć na długości, więc sprawdza się świetnie :) 150 ml może wydawać się małą pojemnością, szczególnie do olejowania, zupełnie niesłusznie - olejek jest bardzo wydajny. 

Lakier do paznokci Essie, Toggle To The Top. Wydaje mi się, że nie muszę pisać o nim nic więcej, wystarczy popatrzeć: KLIK

Regenerujący krem-koncentrat do rąk, Tołpa. Świetny krem do rąk, do którego powrócę na 200%. Szybko się wchłania, nie pozostawia żadnej tłustej warstwy, bardzo dobrze nawilża i pachnie neutralnie - ma wszystko, czego człowiek niecierpiący wrażenia tłustych dłoni może wymagać od kremu do rąk :).

Krem do twarzy z ekstraktem z ogórka, Ava, Eco-Garden. Ma dwie wady - opakowanie i zapach. To pierwsze jest tandetne i tanie do granic możliwości. Naprawdę nie wiem, dlaczego nie przełożyłam go jeszcze do innego pudełeczka. Zapach - totalnie dziwaczny i dość intensywny, Nie należy do najprzyjemniejszych, ale nie jest nie do zniesienia, jak czytałam w niektórych recenzjach. Zapach znika po pewnym czasie po nałożeniu, dodatkowo po paru dniach użytkowania po prostu się do niego przyzwyczaiłam i przestał mi przeszkadzać. Skład ma świetny, bez parafiny, bez silikonów, nie zapycha mnie, bardzo dobrze nawilża, nie zostawia tłustej warstwy, nadaje się pod makijaż...Na początku może się wydawać, jest dość ciężkawy i że zostawia skórę tłustą, jednak po prostu wymaga dłuższą chwilę na wchłonięcie się - wtedy te uczucie znika. Bardzo dobry krem za bardzo dobrą cenę - jego koszt to ok 30 zł. Dostępny jest w Rossmannie, jednak nie w każdym - w Białymstoku dostać można go chyba wyłącznie w Galerii Alfa, na szczęście można kupić go w sklepie internetowym producenta :). 





   Dajcie znać, czy znacie te kosmetyki i czy któryś z nich również skradł Wam serce :) Już niedługo ulubieńcy roku '13, zapraszam!
Pozdrawiam, trzymajcie się ciepło,
Kasia.